18 Listopad 2015

Czy warto wiedzieć?


Sześć miesięcy temu wyruszyliśmy w drogę nie mając konkretnego planu. Jak zwykle decyzja została podjęta niemalże z dnia na dzień tak jak wcześniej wiele innych. Głównym motorem naszego działania była chęć ucieczki przed zimą i wiedzą. Zimna pogoda w Perth nie jest najgorsza. Trochę deszczu i chmur, temperatura w ciągu dnia około 20 stopni a w nocy powiedzmy 10 do 5. Czasami się zdarza, że temperatura nad ranem spada w okolice zera lub nawet na mały minus i wtedy jest naprawdę zimno. Jednej zimy nawet rury w naszym domu popękały bo woda zamarzła ale to był jeden raz na 30 lat. Zimno można zwalczyć na wiele sposobów. Można się ciepło ubrać, napalić w piecu lub po prostu uciec na północ gdzie zawsze jest cieplej.

Taka dygresja – żyję tu już 30 lat i cały czas kojarzenie północy z ciepłem wydaje mi się co najmniej dziwne. Wracając do sprawy przed zimnem można uciec i nie jest to takie trudne. Dużo większym problemem jest wiedza. Od najmłodszych lat wpajano nam, że wiedza to siła i im więcej wiemy tym lepiej. Przez wiele lat tak myślałem i starałem się na wszelkie sposoby by wiedzieć jak najwięcej. Czytałem gazety, książki, oglądałem i słuchałem wiadomości. Wiedziałem gdzie na świecie co się dzieje i przeżywałem tragedie ludzkie które miały miejsce z drugiej strony globu. Wiedziałem kiedy w Warszawie łobuzy pobiły gejów czy w Londynie terroryści wysadzili autobus  czy cena złota spadła na łeb czy w Japonii wybuchły reaktory atomowe. Wszystko to docierało do mnie prawie na żywo i nieustannie. Ogrom wiadomości z którymi nie wiadomo co robić. Wszystkie wiadomości są przygnębiające bo gdzieś coś wybuchło i zabiło 100 osób ale zaraz potem gdzie indziej przyszła powódź i 300 osób utonęło a w tym samym czasie na drugim końcu świata było trzęsienie ziemi i jest 2000 ofiar nie mówiąc już o głodzie w Afryce czy wojnie na bliskim wschodzie. Nawet Hollywood dał nam stres kiedy Angelina obcięła sobie cycki. Przy takim nawale ludzkich cierpień trudno jest znaleźć współczucie. Często myślę , a prawdę powiedziawszy to jestem o tym przekonany, że dobór wiadomości i sposób naświetlenia był i jest tendencyjny.

Jedna grupa ludzi urabia druga by w odpowiednim czasie mieć z tego jakieś korzyści. Jeszcze przed wyjazdem obserwowałem co się działo w Afryce Północnej. Najpierw Europejczycy „wyzwolili” Libię od tyrana co z kolei zawaliło cały układ sił pomiędzy lokalnymi grupami i doprowadziło do tego, że setki tysięcy ludzi szuka bezpieczeństwa w Europie. Wszyscy teraz krzyczą , że najazd muzułmanów ale czy to ich wina? Tak na „chłopski rozum” (czy tego zwrotu się jeszcze używa czy to już jest obraźliwe?) jak pszczoły się wyroją i siedzą na drzewie to albo trzeba zostawić je w spokoju i zapomnieć o miodzie albo ostrożnie je zadymić i zabrać je do nowego ula. Kiedy komuna upadła i Polska stała się znowu częścią Europy miliony rodaków ruszyły „za chlebem” na zachód. Nikt z tym nie miał problemu bo nam się to należało bo „zachód” po wojnie sprzedał Polskę komunie. Czy widzicie podobieństwo? Ale się zagalopowałem miałem pisać ogólnie a tu się wdaję w politykę. 

Wracam do naszej podróży i ucieczki od wiedzy. Nasz motorhome jest wyposażony w radio i telewizor i gdyby ktoś chciał to może na bieżąco śledzić co się dzieje tu i tam. Sygnał telewizyjny poza miastami jest bardzo słaby albo go nie ma i podobnie jest z Internet w związku z czym śledzenie jest poniekąd utrudnione. Kiedy w maju ruszyliśmy w drogę zabraliśmy ze sobą cała hałdę DVD (głównie komedie) i postanowiliśmy iść na odwykówkę.

Przestaliśmy oglądać wiadomości a z czasem przestaliśmy oglądać jakiekolwiek programy ze względu na reklamy i „breaking news”-wiadomości z ostatniej chwili. Wbrew pozorom przyszło to wyjątkowo łatwo i znaleźliśmy się w raju niewiedzy. Przestały nas obchodzić która jest godzina czy jaki jest dzień czy miesiąc. Wszystko co nas interesowało to jaka jest pogoda i gdzie staniemy na nocleg, no może jeszcze co będzie na obiad. Świat przestał istnieć i tak by mogło być na zawsze. Oczywiście nie mogliśmy się kompletnie odizolować bo od czasu do czasu trzeba było iść do sklepu czy po receptę na środki przeciwbólowe dla Hani.

Były to momenty o których myślę z niechęcia . Wizyty u lekarzy to był absolutny koszmar bo trzeba było opowiadać cała historię i to miało dewastujący wpływ na Hanię. Podczas ostatniego pobytu Hani w szpitalu, tuż przed naszym wyjazdem, nasi wspaniali lekarze podali jej lek, który jest bardzo kontrolowany, ciężki do zdobycia i nie można go przerwać z dnia na dzień bez poważnych konsekwencji. Oczywiście to kreowało problemy u lekarzy w małych miejscowościach na drugim końcu Australii. Przy każdej wizycie obawiałem się mojej reakcji na czasami głupawe komentarze lekarzy ale dzięki Bogu jakoś udawało mi się trzymać buzie zamknięta. Raz jedyny nie wytrzymałem i lekarz uciekł z gabinetu, wszystko jednak skończyło się dobrze. Tak po raz kolejny lekarze udowodnili, że dobro pacjenta nie jest najważniejsze. 

Robienie zakupów też łączyło się ze stresem bo mimo listy zawsze się czegoś zapomniało lub kupiło za dużo. Na dodatek do supermarketu trzeba było dojechać a jazda po mieście nie należy do przyjemnych jak się jest na zwolnionych obrotach. Ja należę do kierowców, którzy balansują na granicy zwłaszcza kiedy jestem na motocyklu ale kiedy siedzę za kierownica motorhome zmieniam się diametralnie i jestem uosobieniem spokoju. Wizyty w sklepach łączyły się też z nawałem informacji przed którymi nie ma ucieczki. Podczas płacenia w kasie spojrzałem przypadkowo na kupę gazet i na pierwszej stronie było napisane, że nasz Prime Minister coś tam zrobił i wszystko byłoby w porządku tylko gość na zdjęciu był nie ten. Spytałem się kasjerki czy mamy nowego szefa rządu ona popatrzyła na mnie jakbym się z choinki urwał i powiedziała „Tak, od miesiąca”. Pomyślałem wtedy sobie „błogosławiona nieświadomość” i szybko wyjechaliśmy z miasta.

Dużym plusem jest również brak sygnału telefonicznego. Firmy telefoniczne reklamując swoje usługi mówią, że 95% Australijczyków jest w ich zasięgu.

Czego nie mówią to jaki obszar jest w zasięgu ich usług. Myślę, że nie więcej jak 15% powierzchni ma sygnał telefoniczny co daje olbrzymie tereny ciszy. Dzięki temu można cały czas uciec do prawdziwej dziczy. Chyba 8 lat temu wybraliśmy się w głąb Australii Zachodniej i w związku z tym, że nasz syn był jeszcze w szkole mieliśmy telefon z największą firmą. Któregoś dnia na absolutnym odludziu telefon zadzwonił. Trochę zszokowany odebrałem telefon. Z drugiej strony był dyrektor szkoły z wiadomością, że nasz syn zgolił włosy na zero w związku z czym musi teraz chodzić w czapce do szkoły bo regulamin nie zezwala na posiadanie łysej głowy. 

Tym razem mamy umowę z mniejszą firmą i nie mamy niespodzianek. Wiadomości przychodzą z opóźnieniem i problemy są rozwiązane zanim się o nich dowiadujemy.

Do czego zmierzam w tym swoim pisaniu? Pamiętacie jak chyba Wyspiański napisał „Wsi spokojna, wsi wesoła”? Jeszcze nie dawno myślałem, że to była swojego rodzaju kpina i wyszydzanie ludzi, którzy nie interesują się sprawami świata.

Teraz wiem, że jedyną drogą do spokoju jest odcięcie się od natłoku informacji. W chwili obecnej można to porównać do parku w którym siedzi wielu ludzi i każdy słucha innej muzyki. Każdy utwór jest piękny sam w sobie ale wszystkie na raz to okropny hałas. Hałas jest niezdrowy i powoduje stres i głowa od niego boli. Świat idzie do przodu z nami czy bez nas i od nas zależy czy będziemy kłębkami nerwów czy nie. Prawda jest taka, że informacje z ostatnich lat wywołują u ludzi strach. Ludzie którzy się boja są łatwiejsi do kontrolowania i oto chodzi tym, którzy nas straszą.

Wybór należy do Was. 

Możecie chłonąć informacje i umrzeć ze strachu albo wypiąć się na wszystko i umrzeć ze śmiechu.


Niedoinformowany

Janusz


19 wrzesień 2015

Skurczony świat


To już cztery miesiące od czasu naszego wyjazdu z Perth. Nie powiem, że jak z bicza trzasnął ale czas przeleciał prawie niezauważalnie. Nie liczyłem dokładnie ale to około 120 noclegów i 9000 km . Kiedy dotarliśmy do wschodniego wybrzeża w Cairns tempo naszej jazdy bardzo zmalało bo nie mamy dokąd się spieszyć. Pogoda dopisywała i z temperaturami 28 w dzień i 20 w nocy nie było lepszego miejsca. Coraz częściej zostawaliśmy w tym samym miejscu na więcej niż jedna noc by pobić nasz rekord wszechczasów w Mission Beach, gdzie spędziliśmy ponad trzy tygodnie.

 Kiedy się przenosimy z miejsca na miejsce to jazda zabiera dość dużo czasu, do tego pakowanie i rozkładanie obozowiska, przerwy na posiłki, na odpoczynek i cały dzień zleciał nie wiadomo jak. Kiedy zostajemy w tym samym miejscu na dłużej to zamiast jazdy mamy minimum 3 godziny na spacery po plaży, czy buszu i zanim się zorientujemy to jest już koniec dnia. Czasami jednak zdarza się, że jest trochę czasu na inne rzeczy i wtedy zaczynam zastanawiać się o co tu właściwie chodzi. Od czterech miesięcy tułam się z miejsca na miejsce i nie dlatego, że muszę tylko dlatego, że mi to sprawia przyjemność. Życie „na drodze” jest ciekawsze, pełniejsze i nabiera innego, chyba lepszego wymiaru. W ciągu przeszłych czterech miesięcy ani razu nie pomyślałem sobie, że chciałbym być w domu, wręcz przeciwnie często myślę, jak to dobrze, że mnie tam nie ma. 

Myślałem, że będę tęsknił do pracy bo często słyszałem o ludziach, którzy po porzuceniu pracy bardzo cierpieli. Ja do nich na pewno nie należę. Nie dość, że nie tęsknie to myślę o pracy z niechęcia, ale jest jedna rzecz, o której myślę z sentymentem i daje mi to uczucie radości, które niezmiennie opanowywało mnie w każdy piątek „Jutro nie muszę iść do pracy!!!”. Ktoś kiedyś podzielił ludzi na dwie kategorie, tych co żyją żeby pracować i tych co pracują żeby żyć. Ja nie pasuję do żadnej grupy bo ostatnio „nie pracuję żeby żyć”. 

Zmieniły mi się również potrzeby może powinienem powiedzieć nam bo od czterech miesięcy wszystko jest bardziej „my’ niż „ja”. Otóż zmieniły się nam potrzeby i to dotyczy absolutnie wszystkiego. Mówiąc zmieniły, mam na myśli zmniejszyły, bo prawie wszystko wokół nas się skurczyło. Zamieniliśmy 200 m kw. na 14 m kwadratowych i wbrew pozorom wcale nie jest ani ciasno ani niewygodnie. Zamieniliśmy bieżąca wodę na zbiornik 150 litrów i to starcza bez problemów na cztery dni, kiedy w domu zużywamy 300 litrów dziennie. Lodówka jest 4 razy mniejsza niż w domu nie mówiąc nawet o wielkości szaf.

Wszystko się skurczyło, wszystkiego jest mniej a nam niczego nie brakuje co więcej znajdujemy mnóstwo rzeczy, które są nam nie potrzebne i nie wiadomo dlaczego je zabraliśmy ze sobą. 

Życie w mieście czy na wsi w obecnych czasach to już niewielka różnica bo dzięki samochodom wsie stały się przedmieściami miast. Życie w domu zmienia nas w zbieraczy i zbieramy książki, meble, garnki, ubrania, narzędzia kuchenne i gospodarcze, radia, telewizory itp. itd. Zbieramy absolutnie wszystko i często dlatego, że ktoś nam doradził lub była wyjątkowa okazja lub po prostu robimy to z nudów, aby zabić czas. Potem się okazuje, że to „coś” nie jest nam wcale potrzebne i nigdy nie było. Zbieramy rzeczy bo wydaje się nam , że polepsza nam standard życia lub są ładne. Tylko dla tego, że mieszkamy w domu możemy sobie na to pozwolić. Nasi przodkowie kiedy wędrowali z miejsca na miejsce zabierali ze sobą rzeczy, które były absolutnie niezbędne.

Wracając do naszej wędrówki. Kiedy się zastanowię bez ilu rzeczy mogę się obejść bez uszczerbku dla wygód życia to czasami mnie przeraża nasza rozrzutność i marnotrawstwo. Od czterech miesięcy siedzę na 14 metrach kwadratowych i jestem całkiem zadowolony a nawet szczęśliwy. Raptem niepotrzebne stały się wypady do sklepu bo czegoś mogę potrzebować. Teraz jak czegoś nie ma to trzeba to zastąpić czym innym lub obyć się bez i jak do tej pory nasz świat się nie zawalił.

Spotykamy po drodze wielu ludzi i często wieczorami rozmawiamy o ich i naszych wrażeniach z podróży. Jest taki zwyczaj, że około 17 ludzie wychodzą ze swoich „norek”(samochody, przyczepy czy namioty) na tzw. sundowner czyli zachód słońca. Większość ze szklaneczka ulubionego trunku w ręku i zaczynają nawiązywać nowe znajomości, które czasami pozostają na długi czas. Tematy rozmów są raczej ogólne i dotyczą miejsc na kamping, stanu drogi czy sprzętu. 

Ludzie są różni młodzi, starzy, z pieniędzmi lub bez, turyści i ci co żyją na drodze. Sundowner z reguły nie trwa więcej jak dwie godziny i jeszcze nie widziałem by ktokolwiek przesadził z ilością alkoholu. Jak wspomniałem rozmowy są na różne tematy i można się wiele dowiedzieć. Ja z reguły rozmawiam o sprzęcie, naprawach, ładnych miejscach na obóz i stanie dróg a Hania zajmuje się bardziej duchowa strona zagadnienia i dowiaduje się dlaczego i jak długo ktoś wędruje. 

Wielu z naszych rozmówców realizuje chęć objechania Australii dookoła. Jedni robią to w etapach inni za jednym razem używając przeróżnych pojazdów poczynając od rowerów a kończąc na ogromnych autobusach ciągnących przyczepę z samochodem i łodzią. Wielkość pojazdu w większości przypadków jest relatywna do wieku właściciela, im starszy właściciel tym większy pojazd ale nie jest to reguła. Jakby nie patrzeć na wielkość tych pojazdów to każdy z nich jest wielokrotnie mniejszy od miejsca zamieszkania większości naszych rozmówców nie biorąc pod uwagę tych, którzy mieszkają „na drodze” na stałe.

W tym punkcie dochodzimy do paradoksu, bo w pierwszym rzędzie budujemy ogromne miasta i domy, by na koniec uciec z nich do maleńkich pudełek na kółkach w poszukiwaniu szczęścia na odludziu lub między ludźmi na kampingu.

Ludzie w mieście żyją samotnie mimo tego, że otoczeni są tysiącami ludzi i często maja rodzinę i paru znajomych. Na przydrożnych kampingach na każdym postoju zyskuje się nowych znajomych, którzy chętnie wysłuchają naszej historii i naszych dowcipów bez przypominania nam, że słyszeli już to wiele razy. Jedno czego od nas oczekują to byśmy wysłuchali ich historii i ich dowcipów bez niecierpliwości. Tak wiec jak widać ludzie w podróży tworzą swojego rodzaju „towarzystwo wzajemnej adoracji” i przynależność do tej grupy jest wystarczająca rekompensata za wszelkiego rodzaju niewygody.

Nie wiem czy przedstawiłem to zagadnienie wystarczająco jasno ale celem mojego wywodu było to, że dobra materialne przestają dawać nam zadowolenie kiedy gromadzenie ich staje się celem samym w sobie. Podróżowanie i zmiana otoczenia może to przerwać i pomóc nam zauważyć, że szczęście nie zależy od ilości „zabawek” ale od nas samych. Prawdziwego szczęścia trzeba szukać najpierw w sobie a potem w tym co nas otacza.

Uduchowiony

Janusz 

24 sierpień 2015

Przychodzi baba do lekarza …

Nie pamiętam którego kabaretu ( Elita czy Tey ) dziełem jest ta seria dowcipów .

Przychodzi baba do lekarza , a on się pyta „co pani jest?” , a ona odpowiada „krawcowa!”

Albo

Przychodzi baba do lekarza a lekarz też baba

Ja ostatnio wymyśliłem  następny „kawał” i oto on

Przychodzi baba do lekarza a lekarz nic nie wie!

Ale to chyba nie jest śmieszne.

Przez wieki całe nasi przodkowie szukali pomocy zdrowotnej u wszelkiego rodzaju szarlatanów czy czarodziei i byli przekonani, że ta pomoc była im udzielana. Prawdopodobnie większość ludzi stosowało „zrób to sam medycynę”,

która do dziś ma wielu zwolenników. Dopiero kiedy sposoby domowe nie dawały efektów posyłano po „fachowca”. Fachowcy byli różni poczynając od najzwyklejszych nieuków oszustów do takich wykształconych na uniwersytecie.

Podobno fryzjerzy odgrywali duża rolę dbając o dobry stan układu krwionośnego i usuwali zła krew za pomocą brzytwy. Zdaje się że kowale przez długi czas zajmowali się usuwaniem zębów i podejrzewam, że krawiec udzielał swoich usług tym których rany były zbyt wielkie. 

Myślę, że tak było przez wieki, pospólstwo piło napary z ziół a majętni dostawali nalewki z rtęci i pokruszonych diamentów. Silne osobniki przeżywały, słabe odchodziły. Bóg dał , Bóg wziął . 

Przyszła rewolucja techniczna i postęp we wszystkich dziedzinach życia ruszył cała para . W stosunkowo krótkim czasie życie zmieniło się nie do poznania.

Zaczęliśmy budować lepsze i większe wszystko. Wszystko zmieniało się niemal z dnia na dzień i prawie  w każdej dziedzinie życia. Medycyna również robiła postępy. 

Prawdziwy przełom nastąpił kiedy odkryto penicylinę i stała się ona ogólnie dostępna. Ten moment zmienił lekarzy z tych którzy mogli trochę pomóc na cudotwórców i zbawicieli. Raptem nie było choroby, której nasi bohaterscy medycy by nie stawili czoła. Syfilis, gruźlica i inne zarazy przeszły do historii i po kilku wizytach u Pana/Pani Doktor można było dalej życiem się cieszyć. Zachwyt społeczeństwa i bezgraniczna wiara w lekarzy trwały przez wiele lat i do dnia dzisiejszego wielu z nas nie kwestionuje opinii lekarzy. Blask antybiotyków zaczyna powoli wygasać bo coraz więcej mikrobów się na nie uodparnia a farmaceuci nie nadążają z wynajdowaniem kolejnych wariantów leku.

Oczywiście mamy lekarzy którzy są prawdziwymi artystami i sława ich umiejętności jest często prawie automatycznie przenoszona na cała resztę.

Pamiętajmy, że przodkowie dzisiejszych  lekarzy kilkaset lat temu byli krawcami czy kowalami a ci bez talentu byli szarlatanami.

 Dzisiaj jest podobnie. Mamy wspaniałych chirurgów, którzy bezbłędnie potrafią złożyć, wyciąć , przyszyć czy zaszyć prawie wszystko. Mamy doskonałych kardiologów którzy pomogą nam przeżyć wiele kolejnych lat nawet bez rzucania palenia i picia. Ci lekarze to bardzo dobrzy rzemieślnicy a pośród nich trafiają się mistrzowie i arcymistrzowie.

Wszędzie gdzie występują dwa bieguny czy duże różnice w czymkolwiek ,mamy do czynienia z grupa przejściowa i pośród lekarzy ta grupę stanowią „lekarze rodzinni” czy po angielsku GP. 

Ci ludzie maja za zadanie wyleczyć nas ze wszystkiego nawet kiedy nic nam nie dolega. Ich egzystencja zależy od ilości pacjentów, którą przyjmą ,tak więc im więcej tym lepiej. My, pacjenci natomiast jesteśmy „zaprogramowani” przez system zdrowotny, żeby dla naszego własnego dobra iść do lekarza co jakiś czas, nawet jak wszystko wydaje się OK bo może jakaś paskuda atakuje nas bez naszej wiedzy. Gazety, radio, TV a teraz internet codziennie przynoszą nam wiadomości o okropnych nowych chorobach i ich objawach.

Pędzimy więc do przychodni aby sprawdzić, a tam lekarz czeka na nas z całym zestawem leków na nasza chorobę bo jesteśmy chorzy , nikt zdrowy nie chodzi do lekarza! Z jakiegoś powodu straciliśmy instynkt samozachowawczy i słuchamy wszystkich dookoła tylko nie własnego ciała. Ani lekarze ani fabrykanci leków nie są zainteresowani zdrowym społeczeństwem bo gdyby ludzie przestali chorować to oni wszyscy  poszli by z torbami. W ich interesie jest żebyśmy byli troszkę chorzy, długo żyli i byli uzależnieni od leków. Ale to jest inna historia i zostawimy ja na później. Wracając do tematu ,nasza przejściowa grupa lekarzy jest tak jak sól ,dobra tylko w małych ilościach większa dawka może zabić.

Tak dotarliśmy to grupy szarlatanów. Do tej grupy wliczają  się między innymi psychiatrzy, diabetolodzy i onkolodzy. Co maja ze sobą te specjalizacje wspólnego to to, że jeszcze nigdy się im nie udało nikogo wyleczyć. Może to się wydaje nieprawdopodobne ale taka jest prawda! Jeszcze nigdy im się nie udało wyleczyć jednego chorego. Skupmy się na onkologach bo ostatnio z nimi miałem najwięcej do czynienia. Każdy lekarz musi zdystansować się uczuciowo od pacjenta by patrzeć na cierpienia ludzkie i nie wylądować w szpitalu. Onkolodzy nie maja problemu z ludzkim cierpieniem bo wygląda na to, że wielu jest sadystami. Tylko sadysta może powiedzieć autorytatywnie, że pacjent odejdzie w określonym czasie nie biorąc pod uwagę konsekwencji psychologicznych. Tylko sadysta może podawać pacjentowi koktajl chemiczny lub radiację wiedząc ,że jedynym efektem będzie zwiększenie i przedłużenie cierpienia. Tylko sadysta może powiedzieć, że nie ma co się martwić ubocznymi skutkami „leków” bo to długo nie potrwa. Tylko sadysta może mówić pacjentom, że naturalne i alternatywne metody nie maja większego benefitu bo nie ma naukowych danych na ten temat. Danych nie ma bo „sitwa” lekarsko-farmakologiczna blokuje publikacje. Natomiast aby kontynuować swoje średniowieczne alchemiczne praktyki prawie codziennie proszą nas o pieniądze. Dzień raka prostaty, macicy, biustu, odbytu itp. Dajcie nam pieniądze a my z piachu zrobimy złoto lub szczepionkę na raka. Wielu z nas ciągle wierzy w dobre intencje, bezinteresowność i daje się im nabrać a nasi „naukowcy” badają i leczą. Leczą głównie z radości, dobrego samopoczucia i wiary „w siebie” a bez tego jesteśmy kompletnie bezbronni i zdani na łaskę „szarlatana”. Bez wiary w siebie i przekonania, że nasz organizm jest mądry i silny nasze szanse są o wiele mniejsze.

Nigdy nie lubiłem chodzić do lekarzy a w momencie kiedy opuściłem dom rodzinny ta niechęć zmieniła się niemal w obrzydzenie. Nie przeczę, wizytowałem gabinety lekarskie ale tylko dla tego ,że pogotowie mnie tam zawiozło z czego dwa razy na sygnale. Raz jeden myślałem, że to koniec ale dzięki innym pacjentom i rodzinie wstałem i biegam do dziś. Innym przykładem z mojego podwórka jest Hania. Gdybyśmy zastosowali się do rad lekarzy to po agresywnej chemii i radioterapii, które miły być jedynym lekarstwem to od pięciu miesięcy byłbym wdowcem. Kiedy kilka lat temu wybieraliśmy się na Tasmanię mój sąsiad przyszedł życzyć nam szerokiej drogi. Był wysokim, zdrowym mężczyzna który właśnie wrócił z podróży dookoła Australii na motocyklu. Po naszym powrocie dwa miesiące później dowiedziałem się, że  dostał diagnozę, dozę agresywnej chemio i radioterapii i pogrzeb będzie jutro.

Czemu służy cały ten mój wywód? Myślę, że przez wiele lat system „zdrowotny” dał nam fałszywe poczucie swojej niezbędności. Czas na to żebyśmy zaczęli tak jak kiedyś używać naturalnych metod i leków. Czy to rumianek, liście babki, kwiaty z lipy czy z marihuany wszystko to rośnie bez naszego udziału i natura w swej mądrości dała nam te środki byśmy ich używali. Pamiętam jako nastolatek na wakacjach skaleczyłem rękę i rana zaczęła się „babrać’. Wybrałem się do wsi po pomoc ale niestety lekarza tam nie było. Pomoc przyszła od lokalnej babci, która powiedziała, że ranę „trzeba oszczać”. Nie mając większego wyboru posłuchałem rady i w dwa dni byłem zdrowy. Takich przykładów jest wiele, może nie są to metody tak wygodne jak pigułki ale nie maja skutków ubocznych.

Chyba się za mocno rozpisałem tak więc na zakończenie zacytuję znajomego i znanego profesora medycyny który kiedyś mi powiedział – 

„Jak chcesz długo i zdrowo żyć to nie chodź do lekarza”

Czego i Wam życzę.

Janusz



 10 sierpnia 2015

  Na bosaka

Tak sobie liczę i to już 10 tygodni jak wyjechaliśmy z Perth. Przejechaliśmy kontynent i patrzymy teraz na ocean Spokojny (Pacific) zamiast Indyjski. Na pierwszy rzut oka niewielka różnica obydwa duże i słone tylko ze zachód słońca gdzieś zginał.

Niech ludzie mówią sobie co chcą ale nie ma nic lepszego jak usiąść na plaży i patrzeć jak słonce zapada się w ocean. Wczoraj wieczorem właściciel pubu, w którym jedliśmy obiad na moja skargę, ze nie ma tu zachodu słońca powiedział, ze o 6 rano jest ładny wschód. O 6 rano zapytałem, to o tej porze chodzi się tu na plaże z dziewczyna żeby być romantycznym? 

Żarty na bok ale ocean nawet bez zachodu tez bardzo nas ucieszył a wschód słońca pewnie jest równie piękny jak uda się wstać aby go zobaczyć. Szum fal i spacery po piachu chyba, przez te wszystkie lata przyzwyczailiśmy się do tego i podczas podroży przez środek Australii często tęskniliśmy do oceanu. Ja uwielbiam chodzenie na bosaka a szczytem szczęścia dla mnie to chodzenie po plaży. Buty są dla mnie jak chomąto dla konia czy kajdany dla niewinnej osoby. Nie mowie ze nie nosze butów, są one potrzebne od czasu do czasu ale dla mnie są one złem koniecznym i unikam ich jak tylko mogę. 

Życie w mieście bez butów może być uciążliwe a w wielu przypadkach niemożliwe. Ja do wyjazdu pracowałem w firmie budującej konstrukcje stalowe i często musiałem chodzić do warsztatu czy „na produkcje”. Dzisiejsze przepisy BHP wymagają by wchodząc na hale mieć ochronę na oczy i uszy, długie spodnie i koszule z długim rękawem i oczywiście buty ochronne. Buty ochronne to koszmar, ciężkie, niewygodne, zrobione ze stali i grubej skory. Niestety nie było innej możliwości jak zaakceptować te niewygodę, bo to przecież to „dla mojego dobra”. Po ośmiu a czasami po dziesięciu godzinach takich tortur moje stopy „wołały” o wolność a wolność to brak butów. W domu rzucałem buciory do szafy i chodziłem boso. Często mi się zdążało ze nieświadomie jechałem na bosaka do sklepu. Moja niechęć do obuwia demonstruje się najlepiej kiedy Hania zaciągnie mnie do sklepu na zakup butów, po przymierzeniu kilku par stwierdzam, że nie ma wygodnych, ładnych, zły kolor a poza tym to mnie głowa boli i musze wracać do domu. Myślę, że jeżeli jest piekło i ja do niego trafie to moja kara będzie wieczne kupowanie obuwia  - brrrr ! 

Kiedyś zastanawiałem się dlaczego ja ich tak nie lubię, bo tak naprawdę jest i stwierdziłem, że buty zabierają możliwość odczuwania otoczenia. Nie czuć trawy, piasku , igieł sosnowych jedno co się czuje plastikowa czy gumowa gąbkę bez względu na to po czym się chodzi. To tak jakby książki na różne tematy miały ta sama treść – bla bla bla. Na dodatek stopy po dłuższej wizycie w butach nabierają dziwnego zapachu, który często nie jest przyjemny . Oczywiście są metody by zapobiec temu zjawisku . Można stopy myc co parę godzin , można nosić specjalne skarpety, można używać specjalnych kremów  albo można zdjąć buty i być szczęśliwym. Ja nie jestem masochista i zadawanie bólu sobie samemu nie jest moja ulubiona rozrywka ale odrobina ucisku na podeszwę sprawia mi przyjemność. Lubię chodzić po drodze asfaltowej, gdzie małe kamyczki trochę wystają ponad powierzchnię i uciskają na podeszwę stopy w różnych miejscach .

Podczas takiego spaceru z każdym krokiem stopa dostaje inny stymulant i przesyła go do innych części ciała . Kiedyś w Azji widziałem „mapę” stopy i polaczenia różnych obszarów stopy z innymi częściami organizmu cos podobnego do akupunktury . Można iść do takiego fachowca i jak boli głowa to on/ona naciśnie na stopę w jednym miejscu a jak boli brzuch to w innym . Można tez nie chodzić do nikogo tylko chodzić boso i mieć nieustanny masaż . Tanio i zdrowo.

Ktoś powie ,ze w Australii to można bo ciepło ale ja w Polsce tez chodziłem boso kiedy tylko mogłem. 

Tak naprawdę to nie ma większego znaczenia czy w butach czy bez ważne żeby chodzić. Teraz kiedy nie mam specjalnie nic do roboty to po drodze obserwuję ludzi na kempingach , postojach czy na szlaku i bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć ,że większość ludzi nie chodzi. 

Na naszej ulicy jest chyba 20 domów i tylko Hania i ja chodzimy regularnie na długie spacery , nawet ci  , którzy maja psy rzadko wychodzą ze swoimi podopiecznymi. Nie ma ludzi na chodnikach ani w parkach natomiast prawie na każdym rogu ulicy powstaje klub zdrowia ( health club) gdzie za drobna oplata można sobie pochodzić na nowoczesnej maszynie do chodzenia . Ostatnio poszliśmy na spacer wzdłuż plaży i oglądaliśmy domy, które z ta plaża graniczyły. Co zauważyłem to wiele maszyn do chodzenia na tarasach ,przy basenach i w innych miejscach ale nikt ich nie używał. Ludzie zapisują się do klubu lub kupuję maszynę tylko po to by sami siebie okłamywać bo w większości przypadków niewiele razy korzystają z tych dobrodziejstw ale posiadanie członkostwa w klubie czy maszyny zaspokaja ich podświadomość bo teoretycznie kiedy tylko zechcą będą mogli skorzystać z tego wytworu cywilizacji.

Raz do roku miasta organizują zbiórkę śmieci i wszyscy wystawiają przed domy rzeczy niepotrzebne, zepsute i w przed wieloma domami można znaleźć właśnie różnego rodzaju maszyny do chodzenia, wiosłowania, kucania czy do trząsania ciała (ostatni wymysł aby bez wysiłku chudnąć!) i diabli wiedza do czego jeszcze. Prawdopodobnie właściciele stwierdzili , że nikt tego złomu nie używa a potrzebne jest miejsce na większy telewizor. W Polsce czy innych krajach Europy jest trochę łatwiej chodzić bo sklepy, urzędy czy restauracje są z reguły nie daleko i łatwiej jest tam pójść niż pojechać a jak się mieszka tak jak ja na trzecim piętrze bez windy to się ma jeszcze całkiem niezły aerobik.  Miasta australijskie są bardzo rozwleczone i tak skonstruowane aby przypadkiem nie zrobić jakiegoś zbytecznego ruchu. Wszędzie są schody ruchome, windy itd. wszystko aby tylko się nie ruszać.

Ale wracając do życia na powietrzu, na kempingu bez „wygód cywilizacji”. Tak jak wspominałem wcześniej mam wiele czasu na obserwacje przyrody i ludzi. Stało się to swojego rodzaju rozrywka kiedy pijemy poranna kawę w łóżku i obserwujemy sąsiadów którzy pędzą do „wychodka” z całonocna potrzeba . Dla wielu jest to jedyny rodzaj spaceru ale są i tacy dla których jest to za duży wysiłek. Kilkakrotnie widzieliśmy jak nasi towarzysze podróży wyczołgują się z namiotu czy przyczepy wsiadają do samochodu i jada do 50 czy 100 metrów do WC . Jak widzę coś takiego to nie wiem czy się śmiać czy płakać . Teoretycznie ludzie wyjeżdżaj z miasta by być aktywnym ale nie chcą zrobić żadnego wysiłku wielu jest na tyle leniwych ,że kupują drewno na ognisko bo nie chce się im zbierać. Nawet dzieci przestały biegać i siedzą z ipad czy jakiś tablet i oglądają czy grają z pełnym  błogosławieństwem rodziców bo jak siedzą to się nie brudzą , nie zadają z elementem i żaden zboczeniec im nic nie zrobi. 

Tak więc wszyscy są zadowoleni i ewolucja postępuje bez przeszkód. Nogi i ręce robią się coraz cieńsze i krótsze a tułów coraz grubszy i dłuższy. Szyja pewnie też niedługo zaniknie i głowa połączy się z tułowiem. 

Mógłbym jeszcze dalej rozwinąć moja wizję ludzkiej przyszłości ale Hania ciągnie mnie na kolejny długi spacer po plaży.

Do następnego razu

Janusz


11 Lipca 2015

Dwa oblicza Quennsland

Queensland, który widzieliśmy do dzisiaj ma dwa oblicza, jedno suche rachitycznie pokryte rzadko rosnącymi eukaliptusami, pełne opuszczonych kopalni i resztek dawnego dobrobytu, tętniącego życia i powoli umierających miasteczek po kopalnianych. Drugie to północna cześć górzysta, pokryta lasami deszczowymi, pełna przepięknej soczystej zieloni i kilometrami szumiących plaż okolonych koronka palm kokosowych, za którymi chowa się nieprzetarta gęstość lasu deszczowego na otaczających górach. Pierwsza cześć desperacko stara się zachęcić turystów do zwiedzania resztek świetności kopalnianej, natomiast druga nabrzmiała turystami tętni życiem, szczególnie w sezonie pory suchej, czyli australijskiej zimy.

Po wielu tygodniach jazdy wreszcie dotarliśmy do terenów pokrytych lasem deszczowym. Bujność tutejszej zieleni jest oszałamiająca. Obrzeża plaż porośnięte są rządkiem palm kokosowych, które tu rosną jak u nas chwasty. Trzeba bardzo uważać jak się spaceruje po tych pięknych plażach, bo ciężkie kokosy często spadają i niejednokrotnie spowodowały duże uszkodzenia na przechodniach a nawet śmierć! 

Klimat tych dwóch części również jest odmienny. Ten piękny teren pełen zieleni jest bosko ciepły ale i bardzo wilgotny. Nie na darmo nazywa się to las deszczowy. Deszcze tu padają bardzo często.

Niesamowity jest taki las. Kiedyś, lata temu czytałam książkę pt.  ”Zielone Piekło”. Nie pamiętam nazwiska autora tej powieści, ale treść utkwiła mi w pamięci. Podczas swojej wędrówki  pisał pamiętnik, szedł sam z psem przez taki właśnie las deszczowy. Zgubił się w tym lesie i nigdy z niego już nie wyszedł! Pamiętam jak pisał, że poprzez gęstwinę tej roślinności nie mógł zobaczyć nieba, nie był w stania odczytać swojego położenia nawet z gwiazd, były one całkowicie niewidoczne. Tropikalny las deszczowy jest tak gesty, nie ma żadnych kawałków, gdzie roślinność by nie rosła. Dziś mogłam to odkryć sama i wyobrażać sobie co ten człowiek przeżył. Konary drzew tego lasu zabierają 80% słońca! Jest to tak gęsta roślinność, że jak tylko zboczy się z wyznaczonego szlaku to nie sposób się nie zgubić.

Pamiętam jak przyjechałam do Australii to moja pierwsza pracodawczyni, australijska od kilku pokoleń powiedziała mi, że jest niemożliwe mieszkać w Cairns, czyli w tropiku. Opowiadała o swojej siostrze, która tam mieszkała a ona ją często odwiedzała, opowiadała jak zawsze była bardzo chora podczas pobytu w tropikalnym klimacie. Słuchałam wszystkiego z zapartym tchem, obiecując sobie, że pewnego dnia sama będę mogła to ocenić. Prawda jest taka, że ciepło i wilgoć promuje każde życie! Dziś zaczynam to odczuwać na własnej skórze. Ostatnie dni cierpię na bardzo silne bóle kości. Czasem mam dość duży problem z chodzeniem, nie wiem czy to właśnie nie jest skutek wilgoci tropikalnego klimatu, o którym się tyle nasłuchałam?

Potem przez 8 lat  pracowałam z dziewczyna, która się urodziła i wychowała w Cairns i jego okolicach. Opowiadała o przepięknych zakątkach tych okolic, o cudownych lasach deszczowych, o największych na świecie niebieskich motylach, dziś po 20 latach mogę  to wszystko oglądać na własne oczy. Mieszkała ona tu z rodziną około 10 lat, uwielbiała tu być ale na koniec przeprowadzili się wszyscy do Perth w suchy umiarkowany klimat.

Są ludzie, którzy uwielbiają tropik, cieple powietrze nasączone wilgocią i zapachami roślinności a są tacy co nie są w stanie znieść tego klimatu. Podczas pogody deszczowej jest tu jak w saunie.

Mimo bólu nie mam ochoty opuszczać tych przecudnych lasów i plażach,  temperatura i urok tej soczystej tropikalnej zieleni jest zbyt kuszący aby z tąd uciekać. Mam nadziej, że wytrzymam jeszcze parę tygodni. Problem jest, że właściwie cala wschodnia Australia jest wilgotna. Zycie czasami zmusza do zmiany planów.

Pokrój turystów zmienił się tu drastycznie. Zniknęli emeryci w swoich wielkich pojazdach z potężnymi przyczepami. Nie ma dużych busów, ogromnych przyczep drogi są zbyt wąskie i kręte a miejsca noclegowe małe, nie w stanie pomieścić tak wielkie pojazdy. Ten kawałek świata jest niedostępny dla tego rodzaju turystów. Nie wolno tu mieć psów ani innych domowych zwierząt, co zniechęca wielu. Spotykamy sporo młodych niemieckich rodzin z maleńkimi dziećmi. Podróżują w samochodach z napędem na cztery kolach z namiotem na dachu lub w małych kamperach, w bardzo spartańskich warunkach. Podziwiamy ich i zastanawiamy się czy pracują na rozwód! 

Uwielbiam tak jechać poprzez dzikie jeszcze dziewicze tereny, nie skażone naszą cywilizacja. Drogi górzyste, wąskie kręte, las nienaruszony stoi tutaj już miliony czy setki tysięcy lat. Jedziemy z komfortowa prędkością 20km na godzinne, na więcej drogi nam nie pozwalają. Zycie tu zwolniło tempo. Tak jak w pierwsze tygodnie robiliśmy po 100km do 300km na raz, przenosząc się z jednego miejsca na drugie tak teraz najwięcej to 50km i stajemy na kilka dni. Las deszczowy ma w sobie jakąś magiczną siłę, przyciąga, co kawałek są tu szlaki piesze a plaże są cudownie twarde i świetnie się po nich chodzi . Ja zawsze lubiłam chodzenie i wówczas najlepiej się czuję.

Najpiękniejszy kawałek tego cudownego zakątka to cypel zieleni Cape Tribiulation. Aby dojechać do niego trzeba przekroczyć rzekę Daintree River, od której zaczyna się najstarszy na świecie tropikalny las deszczowy. Nie ma tu mostu tylko prom samochodowy. Drogi są bardzo kręte, wąskie poprzez przelewające się zielenią  górzyste tereny, dość ciężkie do jazdy. Asfalt jest tylko do miasteczka Cape Tribiulation, które składa się z jednego sklepu, pubu, kempingu i paru punktów informacyjnych a reszta drogi jest przejezdna tylko dla odważnych w silnych samochodach z napędem na cztery koła. Prowadzi ona do najbardziej wystawionego na północ kawałka Australii, dzikiego i prawie niezamieszkałego, pełnego krokodyli i innego bożego stworzenia, marzenie wielu aby tam dotrzeć. Miałam nadzieje, że w sklepie będę mogła zaopatrzyć się w kończąca nam się żywność,  niestety niewiele jest tam do zaoferowania. Z owoców parę cytryn, dwie pomarańcze i kawałek arbuza.

Tylko tablica reklamowa dumnie ogłasza duży wybór owoców i warzyw! Trzeba przyznać właścicielowi, że ogłoszenie sklepu jako  największego supermarketu w Cape Tribulation nie jest kłamstwem i na pewno jest lepiej zaopatrzony niż nasze dawne PRLowskie GS-y. Nie ma tu również elektryczności (każde domostwo czy biznes musi produkować własną energie), sygnału telefonicznego, wodociągów, ścieków, czy zbiórki śmieci. Cały ten obszar jest zaprojektowany na ekologiczne funkcjonowanie, nawet ostatnio dostali nagrodę za swoje osiągnięcia w tej dziedzinie. Mimo tego co parę kilometrów są miejsca piknikowe, przepięknie przygotowane, kempingi ukryte w gęstwinie lasu deszczowego. Pogoda podczas pory suchej jest balsamiczna 26C/28 w dzień, 20C/22C w nocy i od czasu do czasu deszcz. Nie byłabym zwolennikiem odwiedzania tego kawałka świata podczas sezonu deszczowego , czyli od października do kwietnia. Wówczas temperatury są około 32C/36C, czasem i więcej a wilgotność powietrza pewnie 100% co powoduje nie do zniesienia kondycje. Są ludzie , którzy uwielbiają tego rodzaju przygody i wówczas czują się najlepiej. Podczas sezonu deszczowego padają tu tropikalne deszcze przez większa czasu i od czasu do czasu przychodzą tu cyklony. W tym czasie wody oceanu mogą mieć w sobie śmiertelne meduzy, małe prawie niewidoczne, których poparzenie zwykle jest  śmiertelne dla człowieka. Ich macki maja długość chyba metra lub więcej, są one tak maleńkie, cienkie i przezroczyste, że nie sposób je zobaczyć. Kąpiel w oceanie odpada chyba, że w pełnym ubraniu. Do tego trzeba wspomnieć o krokodylach, wężach i komarach, które tu również zamieszkuj i maja się całkiem nieźle. Do kąpieli cały rok są dostępne przecudne oczka wodne pochowane w lasach, w miarę bezpieczne i wspaniale orzeźwiające! W porze suchej te wszystkie niebezpieczeństwa są dużo mniejsze i to przyciąga  tysiące turystów z całego świata. Tu również najbliżej jest do największej na świecie rafy koralowej, tylko 25 minut łodzią motorowa. Niestety nigdzie tutaj rafa koralowa nie jest dostępna prosto z plaży, to jest tylko możliwe na rafie koralowej Ningaloo, w Australii Zachodniej.

Wczoraj postanowiliśmy stanąć na nocleg w PK Jungle Village. Zachęciło nas do tego położenie (koniec asfaltu), bliskość do plaży i dostępna cena za kemping i bardzo ładny pub z dość dużym wyborem smacznych posiłków. Dziś rano świeżo wyglądający właściciel z rozbrajającym uśmiechem zagadał do mnie. Dowiedziałam się jak kupił i znalazł taki piękny zakątek, pogratulowałam mu umiejętności prowadzenia tego obiektu, bo muszę przyznać, że jego organizacja, wygląd, jakość usług nas mile zaskoczyła. Zanim tu się osiedlił przez 7 lat mieszkał i pracował w Tajlandii. Zatrudnia tutaj 28 osób, wszyscy to młodzież z Europy podróżująca po Australii. Za 4 godziny pracy dostają całodzienne wyżywienie i mieszkanie a za resztę przepracowanego czasu dostają gotówkę. Nie mógł się nachwalić jakością pracy tych młodych ludzi. Ma wielu chętnych do zatrudnienie, ponieważ to miejsce jest  oddalone od cywilizacji i ma on sile podpisania swoim pracownikom aplikacji na wizę na następny rok podróżowania i życia w Australii, jeżeli przepracują u niego 3 miesiące. Takie to dzisiejsze czasy, pozwalające młodym ludziom zwiedzać świat, podróżować i zarobić podczas wakacji. Wspaniałe to i wielu korzysta z tego. 

Z pozdrowieniami z tropikalnego Queensland

Hania i Janusz



2 lipca 2015

Zbrodnia doskonalA


Zawsze myślałem, że lubię małe miejscowości. Zawsze myślałem, że ludzie tam są szczęśliwsi i maja lepsze i ciekawsze życie. Teraz jak jedziemy przez pustkowia i zaglądamy w przeróżne miejsca zaczynam się zastanawiać czy cały czas tak uważam.  

Północny Queensland jest dość gęsto usiany małymi i bardzo małymi miejscowościami, które są pozostałościami początków osadnictwa na tych terenach. Często można tam znaleźć okazałe domy i hotele, które w wielu wypadkach potrzebują natychmiastowej naprawy by przetrwać następne parę lat. 

Większość tych miejscowości powstała pod koniec XIX wieku kiedy odkrycia wielu złóż minerałów ściągnęły tu tysiące poszukiwaczy szczęścia. Jedna grupa ludzi przyciągała następną i następną. Za poszukiwaczami podążali sklepikarze, piekarze, lekarze, panienki lekkich obyczajów itd. Trzeba było budować hotele, sklepy, więzienia, banki i inne budynki. Linie kolejowe zaczęły łączyć wybrzeże z głębia lądu. Ci którym się powiodło stawiali coraz większe i bardziej okazałe świadectwa zaradności i dobrobytu. Nagle przyszedł krach międzywojenny i wiele miejscowości w połowie lat trzydziestych było na granicy upadku. Potem przyszła wojna i chociaż Australia jej nie zaznała, to ograniczenia związane z wysiłkiem wojennym nie pomogły w walce o przetrwanie wielu miejscowościom.

Wracamy do teraźniejszości. Po prawie 5 tygodniach jazdy trafiliśmy do Herberton. Jest to niewielka mieścina niedaleko od Cairns . Dowiedzieliśmy się że jest tam skansen złożony ze starych budynków, które zostały zebrane z okolicznych umierających, lub już nie istniejących miejscowości. Snuliśmy się po skansenie prawie cały dzień oglądając stare sklepiki, zakłady rzemieślnicze, szkoły, stare maszyny itd. Po wyjściu ze skansenu stwierdziliśmy, że czegoś tam brakowało i to coś to były autentyzm i atmosfera . Dowiedzieliśmy się że niedaleko bo około 30 km (na warunki tutejsze to jak kamieniem rzucił) jest miejscowość Irvinebank, która nie chce umrzeć i ponoć warto ja  zobaczyć. Postanowiliśmy tam pojechać. Części drogi była asfaltowa a druga cześć (prawie połowa) to dość podła polna droga usiana ukrytymi resztkami rozwalających się domostw a mieszkańcy nie wyglądali na zbyt przyjaznych. Zajechaliśmy bez problemów i stanęliśmy na nocleg nad wyschniętym strumieniem obok tawerny w miejscu wyznaczonym na kamping.

Ustawiliśmy obóz i jak zwykle poszliśmy rozejrzeć się po okolicy. Po krótkim rekonesansie dowiedzieliśmy, że w sobotę i niedziele Tableland Country Music Club ma spotkanie w miejscowej świetlicy, że są dwa domy na sprzedaż, że lokalny pub może się jutro otworzy po 7 miesiącach, że lokalne muzeum jest otwarte od 10 do 16 i że dawno temu mieszkał tu człowiek, który kontrolował 25% australijskiego kopalnictwa i że lokalny klub socjalny ma spotkanie o 17.30 i zaprasza chętnych na grilla i piwo. Po chwili zastanowienia stwierdziłem, że nie gotowanie obiadu i zimne piwo jest bardzo atrakcyjna propozycja i szefowa(Hania) przyznała mi racje . 

Po drodze do lokalnego Town Hall (świetlica) przechodziliśmy obok jednego z dwóch domów na sprzedaż, kiedy nagle za krzaka wyskoczyła właścicielka w pełnym makijażu na wysokich obcasach, w stroju raczej wyjściowym i bardzo intensywnie zaczęła podlewać zielona trawę przed domem. Przystanęliśmy na pogawędkę i dowiedzieliśmy się, że Pani została niespodziewanie wdowa i chce się z tąd wynieść jak najszybciej, bo jej się też coś w życiu należy, a pomysł by zamieszkać w Irvinebank należał do męża. Zapraszała bardzo do środka z przemiłym uśmiechem nie spuszczając ze mnie oka. Nie skorzystaliśmy z zaproszenia. 

Kiedy doszliśmy do Town Hall grill już się rozgrzewał a lokalni mieszkańcy siedzieli w dwóch grupach – baby i chłopy. Usiedliśmy niepewnie z boku obserwując 30% lokalnej populacji, czyli około 30 osób! Kupiłem piwo i po chwili Peter przysiadł się do nas. Zaczęliśmy rozmawiać i zbierać lokalne informacje. Peter mieszka tu już 29 lat jest lokalnym strażakiem, listonoszem (dobrze płatna państwowa posada) i dba o dobry stan zapory wodnej, która się znajduje 200 metrów powyżej wioski! Peter jest miłym i rozmownym mężczyzna około 50 z pokaźnym brzuchem. Jest skarbnica wiedzy lokalnej. Dowiedzieliśmy się ze Irvinebank miał kiedyś 3500 mieszkańców a teraz jest 104 wliczając mieszkańców okolicznego buszu. Kopalnie cyny pozostawiły ogromna ilość małych szybów i dołów, które są mało lub kompletnie niewidoczne i często znajdują się tuż przy buszowej drodze a często pod droga! Przestrzegał przed samotna wędrówka przez busz, bo można więcej nie wrócić lub stracić pasażera jak się zatrzyma samochód w złym miejscu! Sugerował tez by nie pic innej wody tylko deszczową lub butelkowaną bo lokalna woda ma wysoką zawartość arszeniku (arszenik i cyna występują razem ). Zapytałem się dlaczego na środku naszego obozowiska stoi słup z megafonem i napisem ze jak syrena zawyje to trzeba uciekać na wyższy teren.

Mój rozmówca tajemniczo się uśmiechnął i powiedział, żebym się tym nie przejmował bo zapora tylko trochę przecieka a syrena i tak już dawno nie działa.


Peter poszedł kupić sobie piwo i wtedy przyłączyła się do nas Mary, która przyjechała do miasteczka 9 lat temu z Melbourne. Mary ma nowe uzębienie i Irvinebank bardzo się jej podoba bo cisza i spokój tylko, ze mąż się rozchorował i chyba wkrótce nas opuści (następna wdowa!). Hania twierdzi, że Mary miała mnie na oku bo nie mogliśmy się jej pozbyć ale mi się tak nie wydaje? Pożegnaliśmy całe towarzystwo i wróciliśmy do obozu zastanawiając się jak bardzo ta zapora przecieka i czy mężowie odchodzą naturalnie czy ktoś im pomaga.

W sobotę rano poszliśmy do muzeum, gdzie następny Peter potwierdził to czego się dowiedzieliśmy poprzedniego dnia - wdowy i wdowcy stanowią duża cześć lokalnego społeczeństwa!?

Od południa Country Music Club zaczął swoje występy i Hania na pewno to geriatryczne bugi ługi opisze  w jednym z filmów. 

Po paru wstępach poszliśmy obejrzeć kopalnie Vulcan która jest uznana za zabytek i jest na rejestrze. Spacer był przyjemny a ja się zastanawiałem po drodze, patrząc na spustoszenie po kopalniane, jaka jest cena chciwości. 

Chęć zdobycia fortuny spowodowała, że cały teren jest zatruty i tylko ludzie którzy chcą się ukryć lub maja cos do ukrycia tu mieszkają. Największą ironią jest to ,że człowiek który założył to miasteczko i kopalnie, zdewastował ten teren i zatruwa ludzi do dnia dzisiejszego został lokalnym bohaterem. Postawiono mu pomnik i muzeum a trup ścielę się gęsto. 

Wystraszony Janusz





29 czerwca 2015

Wreszcie dotarliśmy do Queensland

Wreszcie dotarliśmy do Queensland. Pierwsze kilometry tego stanu nie różnią się niczym od pustkowia Terytorium Północnego. W miarę posuwania się na wschód zagęszczenie miasteczek rośnie. 

Mijamy jedno z dużych kopalnianych miast Mt. Isa, jak zawsze dla mnie przygnebiające, nie lubię miast kopalnianych, są smutne i zapylone. Po drodze mijamy pozostałości świetności kopalnictwa. Dziś te miejscowości świecą pustkami, budynki często w opłakanym stanie, już nikt tu nie inwestuje oprócz właściciela pubu, który wszędzie znajduje klientów. Gorączka poszukiwania złota i innych skarbów trwała tu około stu lat, w tym czasie miejscowości powstawały jak grzyby po deszczu a ludzi przybywało w poszukiwaniu szczęścia. Dziś niewiele zostało z dawnej świetności, często tylko ruiny, wyludnione miejscowości albo i nic, tak zakończyła się pogoń za bogactwem. Wykopano wszystko co miało jakąś wartość i ludzie zniknęli. Odeszli wraz ze złotem i innymi skarbami, które wydarli naszej ziemi. 

Jeden z noclegów mamy w resztkach miasta po kopalni uranu Mary Kathleen. Dziś pozostały tu tylko ulice, płyty betonowe po budynkach i tajemnicza atmosfera przemijającego czasu i to wszystko. Miasto istniało tylko kilkadziesiąt lat. Ciekawi jak wygląda opuszczona kopalnia ruszyliśmy na wędrówkę nie zdając sobie sprawy, że od miasteczka do kopalni jest około 10 km, niestety nie mogliśmy zdobyć żadnych map czy dokładniejszych informacji. Pogoda rankiem była dość chłodna, maszerowaliśmy rześko resztkami asfaltowej drogi, wśród cudownego krajobrazu lasu eukaliptusowego. W pewnym momencie poczuliśmy bardzo dziwny nieokreślony zapach, okazało się, że to zapach kopalni. Nie dotarliśmy do samych wykopów, które są bardzo głębokie i zalane woda, nie dałam rady dalszej wędrówki wspinania się na hałdy . Słonce zaczęło grzać coraz mocniej, czas powracać bo przecież mamy do przejścia 10 km. Co za piękna wędrówka, zmęczona byłam mocno po tej 20 km wycieczce ale czułam się wspaniale, jak zwycięzca. Ruch pomaga mi zapomnieć o moich bólach kości, które niestety ciągle mi dokuczają mocno.

Po drodze mijamy miasteczko Croydon z najstarszym sklepem w Queensland, zatrzymujemy się i zwiedzamy a przy okazji szukamy packi na muchy, bo nasza gdzieś się zapodziała a od czasu do czasu są miejsca gdzie są muchy i wchodzą nam do samochodu. Ciekawe, że w poprzedniej naszej wędrówce 10 miesięcy temu nie było wogóle much, myślę, że zależy to od sezonu. Sklep bardzo nastrojowy i ciekawy ale niestety pacek nie było. Tu w najmniej oczekiwany miejscu spotykamy parę rodaków. Niesamowite, rozpoznają mnie fani Kącika Hani! Nigdy bym się tego nie spodziewała, do tego są oni mniej więcej w tym samym wieku co my i pochodzą z tego samego miasta w Polsce co i ja a nawet, okazuje się, że mieszkaliśmy blisko siebie a pierwszy raz spotkamy się w środku pustkowia australijskiego, życie jest niesamowite! Oni również podróżują przez Australie. Przyemigrowali tak jak i my do Perth przeszlo 30 lat temu a 10 lat temu wybrali siedlisko w cieplym tropikalnym Cairns. Są bardzo zadowoleni ze zmiany na cieplejsze i zielone tereny. Nie przeszkadza im ani wilgoć, nie straszne im cyklony, uwielbiają tu mieszkać!

Po drodze zwiedzamy w Undara tunele utworzone przez lawę, która ponoć 190 000 lat temu wylewała się z wulkanów przez 18 miesięcy i utworzyła niesamowite tunele, które dziś stały się jedną z największych atrakcji turystycznych w QLD. Stajemy tu na dzień i zwiedzamy, ale o tym opowiem w filmach.

Na następnym naszym noclegu spędzamy wieczór przy ognisku z małżeństwem poł Polaka i Australijki. Mieszkają w QLD na farmie. On przyemigrował do Australii 40 lat temu ze Szkocji, jego Ojciec był Polakiem, który tam pozostał po II wojnie a Mama Szkotką. Opowiadali nam o swoich wrażeniach z ostatniej wizyty w Polsce, która odbyli kilka lat temu. Bez żadnej zapowiedzi odwiedzili tam rodzinę jego Taty, zostali przyjęci gorąco z całą nasza polska gościnnością, o której nie mogli skończyć mówić. Snuliśmy swoje opowieści do późna. Ja z ciekawości zapytałam się, jego żony, urodzonej i wychowanej tu w Australii, co ją najbardziej w Polsce uderzyło. Bez wahania odpowiedziała, że to jak tam ludzie mieszkają, konkretnie mówiła o mieszkaniach w blokach. Był to dla niej szok, nie wyobrażała sobie, ze jest możliwe mieszkać w tak maleńkich pomieszczeniach. 

Następny przystanek to gorące źródła w Innot, marzę o taplaniu się w ciepłych wodach. Zajeżdżamy tam aby zobaczyć następne resztki świetności. Jeszcze nie tak dawno wodę z tych źródeł exportowego do Europy jako eliksir zdrowia. Ponoć leczy reumatyzm, wątrobę i cala gamę innych dolegliwości. Źródełko niepozorne woda ledwo ciurka ma temperaturę 75C. Na bazie tego źródełka zbudowano 6 basenów z rożnymi temperaturami od 21C do 42C. Spędzamy tu cały dzień, właściwie nie wychodząc z wody. Tu dowiadujemy się, że nie należy chodzić pod drzewami bo w QLD na gałęziach zamieszkują agresywne mrówki, które skaczą na przechodniów i ponoć bardzo boleśnie gryzą! Człowiek ciągle dowiaduje się czegoś nowego. Nie na darmo mówi się, że podróże kształcą. Po kąpielach czujemy się świetnie i ruszamy dalej.

Teraz jesteśmy około 80km od Cairns i raptem skąpy w zieleń krajobraz zmienia się w ocean zieleni. Góry, doliny, strumienie i morze soczystej zieleni. Mam wrażenie, że wjechałam do raju! Jak cudownie, czuje się jakbym miała 18 lat i właśnie wyjechała na wakacje letnie po długiej zimie w zielone pola i lasy. Zauroczeni nie możemy przestać zachwycać się pięknem tego terenu. Miasto Ravenshoe jest położone najwyżej w QLD, około 900 metrów nad poziomem morza. Odczuwamy to bardzo w temperaturach wieczornych i porannych. Znowu uczymy się czegoś nowego, tropik może być bardzo zimny! Zamiast balsamicznego, ciepłego, tropikalnego powietrza witają nas mroźne ranki, czasem 8C a tubylcy mówią, że temperatury spadają dobrze poniżej 0C! Piękne jest to, że jak tylko słonce wyjdzie to bardzo szybko robi się ciepło ale dla mnie nie aż tak bardzo jakbym sobie tego życzyła. Temperatury w dzień są około 24C i dość duża wilgotność. Nic nam nie chce schnąc a jak zapomnimy schować krzeseł to rano ociekają wodą. Dziś jesteśmy w przeuroczym miasteczku Herberton. Coś cudownego, jego położenie jak z bajki i pełne historii. Niestety tak jak i reszta w większości opustoszałe. Było tu Eldorado kopalnictwa cyny. Ruda cyny miała 30% zawartości tego kruszca i zamożność ludzi, którzy tu pracowali rosła w bardzo szybkim tempie. W miedzy czasie było kilka katastrof, ogień, wybuchy maszyn i cyklony, które zrobiły spustoszenia. Cynę i inne bogactwa całkowicie wykopano a dziś pozostały tereny pełne szybów, resztek sprzętu górniczego i chat górników, które częściowo są jeszcze zamieszkałe. Chodzenie po okolicznych lasach jest niesamowicie ciekawe ale i niebezpieczne. Dziś można to oglądać tak jak to było lata temu w przepięknym skansenie, to jest nasz projekt na dziś i zapraszam do filmu na ten temat, który niebawem nakręcę. 

Przed wyjazdem miałam nadzieje, że będę miała dużo czasu na pisanie i nakręcanie filmów. Niestety rzeczywistość okazała się bardzo inna. Dni są tak ciekawe, że nie ma czasu i często ochoty na siedzenie przed komputerem. Do tego klawiatura na moim komputerze nie ma polskich symboli i liter i przy braku sygnału internet pisanie w języku polskim zabiera dużo więcej czasu i jest pracochłonne. Najgorsze są takie słowa jak „ze”, bo każde trzeba oddzielnie zmienić na „że”.

Całusy Hania i Janusz

20 czerwiec 2015


Moje pięć groszy


Wreszcie przekroczyliśmy granice Queensland! Zabrało nam trzy tygodnie by przejechać 5364 km. W pierwszym większym queenslandowskim mieście  Mt.Isa, tankuję i sprawdzam licznik z ciekawością ile to spaliłem paliwa. Rachunek na przejechanie WA to745 litrów diesla za $1105.  Nie ma czym się chwalić . Dotychczas udawało mi się przejechać 100 km na 12,5 l. Tym razem, zwłaszcza na początku podroży uciekając przed zimnymi nocami naciskałem na gaz więcej niż zwykle. Teraz ciepłe noce nas rozpieszczają i mogę się rozprężyć, spokojnie turlać się do celu (?) przed siebie. 

Przed wyjazdem kupiliśmy drugi komputer bo ja też planowałem brać udział w budowaniu „ Kącika Hani”. Miałem mieć tyle wolnego czasu, że jeżeli nie z potrzeby ducha to z samych nudów pisałbym lub robił jakieś filmy.

Prawda jest taka, że jakoś mi tego czasu brakuje . Ja zawsze byłem osobą wieczorną i większość zadań wole robić jak jest ciemno, natomiast Hania działa na słonce. Taka sytuacja jest do przyjęcia w domu, gdzie można iść do diabla lub innego pokoju. W motorhome nie ma gdzie się schować, wiec chciał nie chciał udaje, że też jestem  na słonce i grzecznie po pięknym zachodzie słońca idę spać. 

Prawdę powiedziawszy to wcale się nie wyrywam do pisania czy gadania. Lepiej się czuje gdy robię ognisko, ustawiam obóz czy naprawiam co wymaga naprawy. Na moje szczęście miałem parę rzeczy do zrobienia wiec „szefowa” nie miała się o co czepiać. Zaraz po wyjeździe z Perth dostaliśmy kamieniami po przedniej szybie i trzeba było ja kilkakrotnie kleić by się całkiem nie rozleciała i wytrzymała do czasu naprawy. Australia jest duża, pusta i nie wszędzie można znaleźć co akurat jest potrzebne (po szybę jechałem ponad 1000 km). Cały czas coś się odkręca i urywa zwłaszcza jak jeździmy po wertepach lub bocznych drogach a to jest nieuniknione jak chce się spać w cichych i pięknych zakątkach. Kilka dni temu pękła rura od wody a dwa dni potem urwał się telewizor. Wszystko znowu działa wiec teraz nie mam wytłumaczenia, żeby nie wrzucić moich pięciu groszy. 

Opisy natury i wrażenia duchowe zostawię dla Hani bo to jej dziedzina. Nawet po wielu latach spędzonych razem zastanawiam się wielokrotnie w jaki sposób Hania to robi. Kiedy dla mnie cos wygląda jak czerwony kwadrat to dla niej to będzie prosty, nie skomplikowany kształt z czterema bokami  w kolorze zachodzącego słońca lub herbacianej róży. Dla mnie zawsze wszystko było proste i do wyjaśnienia a moja Hania patrzy dalej i głębiej widzi stronę duchowa i uczuciowa. Bo to co widzimy to nie wszystko co nas otacza to jest tylko to co my możemy zarejestrować naszymi prymitywnymi zmysłami. Ja się zgadzam z tym ze może obok nas może być lub jest drugi czy nawet trzeci świat którego nie możemy zarejestrować ze względu na nasze limitacje i tak widać ma być. Dla mnie kwadrat jest kwadratem a jak czegoś nie widać to znaczy ze tego nie ma. Na dobra sprawę ktoś musi naprawiać lodówki, rąbać drewno czy prowadzić samochód.

Przez ostanie dni jedziemy bocznymi drogami, które wcale nie musza być ładniejsze czy mniej zatłoczone ale są nam nieznane i to wystarczy. Zasady ruchu na bocznych drogach są bardzo podobne do tych którymi posługujemy się na drogach głównych z jednym podstawowym wyjątkiem – WIęKSZY MA RACJE . Na drogach bocznych zwłaszcza takich, gdzie jest wąski pasek asfaltu małe samochody dają drogę większym i wszystkie samochody dają drogę „pociągom drogowym” . Dlaczego? Dlatego, że takie jest prawo dżungli i tak jak mówiłem większy ma racje. 

Drogi australijskie są z reguły bezpieczne i biorąc pod uwagę wielkość kraju w dość dobrym stanie. Największym niebezpieczeństwem są zwierzęta i turyści z krajów o prawostronnym ruchu drogowym, czyli prawie wszyscy. Ilość zwierząt i turystów zależy do odległości od miast im dalej od miasta tym więcej zwierząt i mniej turystów i odwrotnie. Jazda po ciemku nie jest zalecana ze względu na słaba widoczność i większa aktywność zwierząt zwłaszcza natywnych. Jednak największym zagrożeniem stały się agresywne krowy, które ze względu na przedłużająca się susze w Queensland zaczęły atakować samochody. Naukowcy nie wiedza co jest przyczyna tego zachowania i prowadza intensywne badania nad tym problemem. W chwili obecnej zagrożenie występuje tyko w północnym Queensland i drogi są odpowiednio oznakowane. Może nam się uda.

Janusz




 


15 czerwiec 2015

Przekraczamy granice!

Po dwóch tygodniach jazdy wreszcie dotarliśmy do granicy Australii Zachodniej. Ogromny to stan, który zajmuje prawie połowę całej Australii a zamieszkały jest tylko przez 10% ludności australijskiej.

Czasem to świadomość wydaje mi się niesamowita, jak ludzie lubią skupiać się w jednym, miejscu! Pewnie na początku podyktowane jest to łatwością życia a potem pędem człowieka do znanych miejsc, strachem przed nieznanym. Większość mieszkańców tego kontynentu zamieszkuje na niewielkim terenie i skupiają się w takich miastach jak Sydney, Melbourne i Brisbane. Dla mnie to jest cudowne, nie lubię tłumów, zagęszczenia, uwielbiam spokój. Niestety Perth powoli dogania wielkie miasta Australii, jest najszybciej rosnącym miastem Australii. Około 50 000 nowych mieszkańców przybywa rocznie i liczba ta zwiększa się codziennie. Dziś miasto ma już przeszło 2 miliony ludzi, jak przyjechaliśmy tu 30 lat temu było zaledwie 800 000 mieszkańców! Jazda przez pustkowia Australii Zachodniej sama w sobie jest przygodą. Piękno kanionów parku Karajini dech zapiera. Jest to jedno z najpiękniejszych zakątków naszej planety, tak mówią ludzi, którzy podróżują po świecie a ja się z nimi całkowicie zgadzam! Niesamowite miejsce, które swoim pięknem i dzikością przyciąga jak magnez. Czerwone pełne rudy żelaza skały zaskakują nas swoja niesamowita czerwienią o zachodzie słońca, nie do się tego opisać, to trzeba zobaczyć na własne oczy, unikalne piękno! Wprawdzie dziś na tych terenach powstają kopalnie jak grzyby po deszczu, również rolnictwo zaczyna wkradać się w każdy użyteczny zakątek. Mimo tego setki kilometrów lądu zostało parkami narodowymi abyśmy wszyscy mogli podziwiać cuda natury. Pamiętam jak lata temu jechaliśmy pierwszy raz poprzez pustkowia północy to spotykaliśmy mnóstwo kangurów, dziś wszędzie krowy, owce i kozy. Okazuje się, że krowy bardzo dobrze radzą sobie żyjąc na dziko. Mało tego wyglądają na szczęśliwe, że nikt nie ingerują w ich egzystencje. Nie są sztucznie karmione, czy szpikowane antybiotykami i hormonami, żyją tak jak natura im pozwala. Miło patrzeć na stada żyjące sobie swobodnie, decydujące same co jeść, gdzie iść. Dziś pozwala się im również na naturalne rozmnażanie. Często tak bywa, że farmer wypuszcza np. setkę krów a po pewnym czasie stado urośnie mu wielokrotnie! Ostatnie miasto Australii Zachodniej, Kununurra powstało zaledwie 55 lat temu.

Tu czeka na nas nasza szyba. Zakotwiczyliśmy się na tym samym kempingu tym samym co w zeszłym roku. Jest on pięknie położony wśród czerwonych skał i przecudnymi trasami, gdzie możemy sobie chodzić rankami i wieczorami. W zeszłym roku kemping był pełen europejskiej młodzieży, szczególnie francuskiej i niemieckiej. Pamiętam jak narzekali na ciężka prace na farmach. Dziś jest ich o wiele mniej a resztę zastąpiła młodzież azjatycka, przyzwyczajona do ciężkiej pracy w gorących warunkach. Wysokie zarobki nęcą. Europejczycy jak zaludnili ten ląd, szukali źródeł wody. Australia jest najsuchszym kontynentem świata a jednocześnie ma przeogromne zasoby wody pitnej ale pod ziemia. Nikt nie chce się odważyć aby te zasoby zacząć używać bo nie są znane tego konsekwencje. Niedaleko Kununurra płynie rzeka Ord, jak wszystkie rzeki północy Australii woda w dużych ilościach pokazuje się tylko podczas sezonu deszczowego. Kilku inżynierów postanowiło zbudować tamę na tej rzece. Wysadzono kawałek góry, który uformował zatorem a resztę zastawiono zapora budowana przez ludzi. Ku ogromnemu zdziwieniu ta niewielka rzeka uformowała w bardzo krótkim czasie ogromne jezioro, przeszło 100km. Po drodze zalało ono farmy i inne osady ludzkie. Dziś to jezioro jest źródłem ogromnej ilości wody i rolnictwo na tych terenach zaczyna wybuchać i rozrastać się szybko. Przez tysiące lat rzeka Ord była źródłem pożywienia dla natywnych ludzi, zostało to całkowicie zniszczone w ciągu chwili i zastąpione wielkimi supermarketami sprzedającymi żywność przetworzona. Cały ten proces spowodował ogromny wybuch chorób u tych ludzi i duża demoralizacje.

Piękne życie trwające tysiące lat zostało bezpowrotnie zniszczone i zastąpione cywilizacja, która ponoć ma dawać nam szczęście. Smutny to obrazek jak jedzie się przez miejscowości w większości zamieszkałe przez Aborygenów, którzy snują się bez celu a ich styl życia został całkowicie wyeliminowany. Wczoraj nocleg dzieliliśmy z małżeństwem Szwajcarów. Przyjechali tu w październiku zeszłego roku. Statkiem przewieźli swój europejski motorhome i przez 12 miesięcy jadą przez Australię. Niestety nie zdawali sobie w pełni sprawy z warunków tego jeszcze dziewiczego i surowego lądu. Ich samochód z małym silnikiem Fiata nie jest niestety w stanie dać rady na często niepokrytych asfaltem drogach. Niskie zawieszenie samochodu uniemożliwia dotarcie do najpiękniejszych zakątków tego kontynentu. Do tego kierownica nie z tej strony robi jazdę z potężnymi ciężarówkami kopalnianymi bardzo niewygodną. Mimo wszystko są zachwyceni Australią i z niechęcia mówią o powrocie do domu. Życie w ciepłym klimacie jest dużo przyjemniejsze i łatwiejsze. Nie bez przygód była ich wycieczka do Australii. Podczas transportu statek, który wiózł ich motorhome zepsuł się i musiał na dłużej zatrzymać się w Afryce Południowej. Tam samochód całkowicie obrabowano, do tego stopnia , ze radio wycieli z pulpitu i permanentnie zniszczyli konsole. Jaki był ich smutek, złość był gdy odebrali swój dobytek kompletnie zdewastowany. Taki tez mieli początek swojej przygody. Na szczęście cześć zniszczeń pokryło ubezpieczenie, ale przyjemności pierwszych chwil została zniszczona. Z drugiej strony ta sytuacja pozwoliła im na poznanie szczodrości Australijczyków, którzy z przyjemnością wyposażyli ich we wszystko co potrzebne im do wędrówki przez pustkowia australijskie. 

Zapomniałam również wspomnieć, ze wszystko zawsze dzieje się na raz. W drodze do Kununurra pękła nam rura do wody i przepaliły się 2 żarówki, bardzo specyficzne w naszym samochodzie. Z sercem na ramieniu wyruszyliśmy na poszukiwania tych części. Do dyspozycji mieliśmy jeden sklep w promieniu tysięcy kilometrów. Opatrzność jest zawsze z nami i w tym maleńkim mieście w ciągu 10 minut znaleźliśmy wszystko co nam potrzebne – kolanko, żarówki! Niesamowite! Szybę wstawiono nam bardzo szybko i sprawnie i na drugi dzień wszystko naprawione jak nowe, prowiant zakupiony i ruszyliśmy do Terytorium Północnego. Janusz właśnie mnie poinformował, ze TV nam się obrywa wiec mamy znowu cos do naprawienia.

Z miłością i całusami Hania i Janusz

8 czerwiec 2015


Cóż za piękne noce mamy! Ostatnio dostaliśmy w prezencie od natury przecudowny koncert cykad, ptaków i wszystkiego co żyje w trawie i na drzewach. Grały i szumiały nam przez całą noc! Dźwięk ten wprowadzał nas w nastrój medytacji, zadumania a  jego monotonność kołysała do snu. Nagrałam kawałki tego cuda, a filmy są na You Tube, zapraszam Was do posłuchania choć części tego koncertu!

Nie wiem czy nasz samochód ma jakaś atrakcję do kamieni, które jak z procy wyskakują z pomiędzy opon wielkich ciężarówek i wybijają szyby przejeżdżającym nieświadomym turystom jak my! Poprzednim razem jak tylko wjechaliśmy na tereny kopalniane taki kamień zniszczył nam przednią szybę. Było to na początku naszej wędrówki, potem przez następne kilka miesięcy mieliśmy swego rodzaju odporność bo więcej nic nas nie uderzyło. Janusz sprytnie pozaklejał pęknięcia klejem i szczęśliwie szyba wytrzymała następne 6 miesięcy. Po powrocie do Perth zadzwoniliśmy do ubezpieczenia i zaaranżowaliśmy wymianę szyby. Teraz tylko jak wyruszyliśmy w drogę z nasza nowiutką piękną szybą to zaraz w pierwszych dniach zastaliśmy zaatakowani deszczem kamieni, jak z karabinu maszynowego i niestety mamy znowu mamy przednią szybę do wymiany. Tym razem uderzenie było tak silne, że niestety mimo Janusza talentu do naprawiania wszystkiego, pękniecie posuwa się po 10 cm na dzień i na gwałt musimy znaleźć kogoś kto nam ją naprawi. Nie jest to takie łatwe na terenach prawie nie zamieszkałych. Nasz cel teraz to o Broome, gdzie mamy nadzieje spędzić kilka uroczych dni na przecudnych plażach i jednocześnie naprawić szybę. Zabierze to kilka dni a po wymianie szyby nie można jechać przez 24 godziny aż klej zaschnie. Liczymy na to, że uda nam się znaleźć miejsce na Caravan Park ( kamping), bo z tego co widzę tłumy rożnego rodzaju samochodów z przyczepami i innymi „cudami” jadą  w poszukiwaniu ciepła i uroku przepięknych plaż. Jak dobrze zaplanuje się czas i trasę przez Australie to można mieć przez cały rok przepiękna pogodę 26C /25C w dzień i 18C/20C w nocy. To jest urok Australii, nie ma takiego drugiego miejsca na ziemi, gdzie przez cały rok można podróżować bezpiecznie z cudna pogodą. Po drodze co jakiś czas przygotowane są miejsca kempingowe dla podróżników, których jest mnóstwo na północy szczególnie w porze zimowej, czyli od kwietnia do października. Na okres letni , świat Bożego Narodzenia większość wraca do rodzin, które w 90% maja swoje siedliska w wielkich miastach australijskich. 

Ostanie noce są tak romantyczne z przepięknymi zachodami słońca i pełnia księżyca. Wieczór zapada przy koncercie przeróżnego ptactwa, cykad i innego stworzenia. Rankiem budzi nas śpiew ptaków i urocze różowe niebo rozświetlające się wstającym słońcem. Dzień trwa około 11 godzin.

Na ostatnim noclegu naszymi sąsiadami była młoda para Niemców z Drezna. Pracowali tu w Australii, przez wiele miesięcy, nazbierali pieniądze i teraz cieszą się wolnością i odkrywaniem uroków tego potężnego kontynentu. Zachwyceni, szczęśliwi, ze mogą cały rok chodzić w kostiumach kąpielowych! Dobrze im tu i całym sercem pragną pozostać. Take to nasze życie, młodzi jada szukać szczęścia i zaczynać życie w nowym miejscu, tak jak wiatr niesie nasiona. Świat jest tak piękny i należy do nas wszystkich.

Kiedyś gdzieś już wspominałam, ze gdziekolwiek się wyjeżdża, czy coś nowego się zaczyna zawsze na to potrzeba dwóch tygodni aby się zaadoptować do nowej sytuacji. Dopiero po tym czasie człowiek czuje się zrelaksowany. Tak też jest i z nami. Poprzednim razem jak tylko wyjechaliśmy to w pierwszych dniach kamień nam rozbił szybę. Potem wędrowaliśmy bez specjalnych przygód. Tym razem nie było inaczej. Jedziemy szukać nowej szyby! 

W Broome okazało się, że nie ma dla nas szyby i po 20 minutach rozmów telefonicznych, zostaliśmy poinformowani, ze musimy jechać do Kununurra. Nasza szyba będzie tam czekać na nas za pięć  dni a przewieziona zostanie z Darwin, taką małą randkę mamy z szybą pomiędzy Broome, Darwin and Kununurra, to jest urok Australii! Bagatelka z jednego miasta do drugiego tylko około 700 km! Cóż napięcie jakie panowało miedzy nami w pierwszych dniach podroży musiało przyciągać strzelające kamienie! Powygrzewamy się na przecudownych plażach Broome, obejrzeliśmy fenomen wschodzącego księżyca  i ruszymy przez pustkę australijska do Kununurra, właściwie to i tak po drodze do Cairns. 

Cudownie czujemy się na pustkowiu, ma to w sobie cos magicznego, niesamowitego. Może budzą się w nas pierwotne instynkty człowieka, może to wspomnienia z poprzednich żyć, kto wie? Przepiękne zachody słońca żegnają nas codziennie a potem rozgwieżdżone niebo usypia nas do snu. Ta cisza niesamowita na początku jest oszałamiająca, tak nowa i nieznana po latach życia w zgiełku miast, czasem aż przeraza swoja głębia i nowością, z czasem przyzwyczajamy się do niej i spanie jest tak cudowne. W pierwsze dni szukamy źródła dźwięku bijących w oddali młotów aby zorientować się, ze to odgłos naszego serca! Do tego temperatura powietrza jest tak boska, do ciała, nie za zimno, nie za ciepło w sam raz. Po drodze mijamy wiele miejsc przygotowanych do kempingu. Australia przygotowała co 150 km miejsca gdzie można się zatrzymać i spać. Dziś na tych miejscach razem z nami zwykle jest jeszcze około 10 lub więcej innych podróżników. Ten rodzaj życia stał się bardzo popularny nie tylko wśród emerytów ale i młodzieży. Jadą ludzie każdego pokroju i wieku, niektórzy z nas mają już powyżej osiemdziesięciu lat a najmłodsi po parę miesięcy. Naszej australijskiej młodzieży prawie się nie spotyka, pewnie wolą zwiedzać Europę czy inne kontynenty. Młodzi z całego świata tu przyjeżdżają i  jada tanimi samochodami, sypiają w nich czy tanich namiotach, kontrast do emerytów wyposażonych w drogi i często za duży sprzęt. Niektórzy wiozą ze sobą cały swój dobytek. 

Broome każdego miesiąca przeżywa najazd ludzi ciekawych oglądania zjawiska „schody do nieba”. Każdego miesiąca są dwa takie dni kiedy księżyc w pełni wschodzi około 7 wieczorem z ponad wody oceanu. Byłam sceptyczna aby iść i to oglądać, tłumy ludzi zawsze mnie odstraszają. Jako, że akurat mieliśmy nocleg na plaży Roebuck, gdzie to wszystko się odbywa, nie mieliśmy wyjścia jak tylko być tego częścią. Jakież było moje zdziwienie, zachwyt  prawie z otwarta buzia, jak zobaczyłam na czarnym niebie potężną czerwoną kulę księżyca powoli wyłaniająca się z za oceanu. Widok naprawdę warty przeżycia, nie da się tego opisać to trzeba zobaczyć. Purpurowo czerwony księżyc był tak potężny i jego odblask w wodzie tworzy złudzenie schodów do nieba. Niesamowite! Wszystko to trwa około 10 minut aż kula czerwona zamieni się na mniejsza srebrzystą tarczę. Wschód księżyca jest bardzo szybki. Wspaniałą ucztę zgotowała nam natura. Ludzie porozstawiali swoje stragany, jedni sprzedają jedzenie, drudzy  rożnego rodzaju ozdoby, ciepła pogoda, balsamiczne powietrze nasycone zapachem oceanu zachęca wszystkich na długie wieczory a my lecimy spać, dobranoc, Hania i Janusz 

PIERWSZE DNI W DRODZE

Wreszcie nadszedł czas naszego wyjazdu. W niedziele spotkanie rodzinne. Było bardzo przyjemnie i emocjonalnie. Wróciliśmy do domu już wieczorem i nie chciało nam się już więcej nic robić.  Resztę pakowania zostawiliśmy na poniedziałek rano. Wiedziałam, że poniedziałek będzie ciężki, ale postanowiliśmy, że cokolwiek będzie jedziemy w poniedziałek. W Australii teraz zima i słonce zachodzi o 17.15, dzień krótki. 

W poniedziałek wstaliśmy o 7 rano i do pakowania resztek. Trzeba przepakować lodówkę, jeszcze raz sprawdzić czy wszystkie dokumenty załatwione i są na miejscu, uf to największy stres! Od rana ja i Janusz latamy jak kot z pęcherzem po domu i ciągle coś się nam przypomina. Ja kręcę się w koło i nie bardzo wiem co robić. Chce już jechać, godziny lecą a my wciąż mamy coś do zrobienia.

Równo o 14 wreszcie ruszamy, zamykamy bramę i w Australię.  Jesteśmy zestresowani i może trochę przestraszeni nowej przygody! Spieszymy się aby pobić godziny szczytu, jeszcze jedne małe zakupy świeżych owoców i warzyw , bo będziemy jechać przez tereny niezamieszkałe , wiec trzeba się zaopatrzyć. Udaje się nam przejechać miasto zanim dzieci skończą szkole . Tu u nas wszystkie szkoły kończą się o tej samej godzinie , tak około 15 , może trochę przed lub po 15 ale rodzice wyroją się na ulicach w ogromnych ilościach. Jada odebrać swoje pociechy ze szkoły. 

Nasze miasto Perth jest tak rozciągnięte, że mimo szerokich autostrad jedziemy około 1.5 godziny aby wydostać się z terenów zabudowanych. 

Po 2 godzinach jazdy jesteśmy już na szerokiej drodze.  To dopiero drugi raz będziemy jechać ta droga poprzez prawie niezamieszkałe tereny australijskie z dala od oceanu. Droga szeroka, pełna potężnych ciężarówek jadących z i do kopalni.  Jedziemy na północ przez środek Australii Zachodniej, Great Northen Hwy. Tym razem omijamy ocean i piękne plaże aby jak najszybciej dojechać do Cairns. Miasto to położone jest w tropiku i w miesiącach zimowych cieszy się cudowna balsamiczna pogoda, okolo 26 C w dzien i pewnie 18 C w nocy, pora sucha bezdeszczowa. Natomiast w okresie letnim są tu cyklony i wilgoć nie do wytrzymania dla mnie.

Jedziemy, mamy tylko niecałe 3 godziny do zmroku aby znaleźć miejsce noclegowe. Niestety słonce zaczęło zachodzić bardzo szybko. Nie wiem czy wiecie, że w Australii słonce zachodzi w ciągu 15 minut. W jednej chwili jeszcze pięknie świeci wysoko na niebie i raptem w ciągu 15 minut znika za horyzontem, trzeba się spieszyć zanim zrobi się całkowicie ciemno. Nie możemy znaleźć żadnego miejsca na nocleg, zmrok zapada , ledwo widać  a tu nic! W końcu stanęliśmy na pierwszym kawałku wolnego terenu , gdzie mogliśmy się zaparkować. Janusz bardzo zmęczony, ledwo trzyma się na nogach. Ja czuje , że mnie łapię grypa, wynik stresu ostatnich dni! Wszystko mnie boli ale najważniejsze, że już jesteśmy na drodze!

W ostatnich blaskach słońca kora eukaliptusów srebrzy się jakby była z metalu, nie mogę oderwać oczu, coś pięknego! O godzinie 17.15 słonce zaszło i 15 minut później jest już całkowicie ciemno. Jemy szybko coś i do łózka, wykończeni! 

Spaliśmy cudownie, mimo, ze byliśmy blisko drogi a ciężarówki jada całą  noc, bez końca.  Budzimy się rano o 7, kawka jeszcze w łóżku pod słodka pierzynka (przyda nam się na Tasmaii, bo tam potrafi być bardzo zimno). 

O tej porze roku w Perth noce są chłodne, tej nocy było 10 C, co nie jest tak źle, ale pierzynka była słodka. Około 8 rano słonce już w pełni, wstajemy, śniadanie i o 9 rano w drogę. Mamy zamiar zrobić 400 km. Przed nami 6500 km do celu, czyli do Cairns. Daleka droga przed nami, ale to nic, tym razem mamy czas nieograniczony, wspaniale uczucie! Wcześniej zawsze trzeba było się spieszyć aby gdzieś zdążyć na czas. Tym razem czas dla nas w dużej mierze  nie istnieje hehe.

Pogoda cudna, jedziemy do ciepła, dzień się będzie powoli wydłużać, bo zbliżamy się w stronę równika. Na równiku dzień i noc maja po 12 godzin równo.  

Jedziemy przez tereny pól zbożowych. Pola już zaorane i gdzie nie gdzie zaczynają się pięknie zielenic.  Morze pól uprawnych, taki krajobraz towarzyszy nam przez 350 km od Perth. Potem zaczyna się busz. Jest to teren, który na wiosnę pokrywa się oceanem kolorowych dzikich kwiatów, fenomen na skale światowa! Widok, który zapiera dech. Niestety my jedziemy 2 miesiące za wcześnie aby to cudo zobaczyć. 

We mnie serce rośnie im dalej miasta, im większa pustka. Mijamy parę miejscowości, wyglądają na opuszczone, domki proszące się o trochę miłości. Dziś nikt nie chce tu mieszkać, każdy pragnie być przy  oceanie, nie ma chętnych na mieszkanie w głębi lądu.  Gdzieniegdzie widać resztki świetności z przed lat, po gorączce złota. Dziś kiedyś piękne hotele i budynki opustoszałe i tęsknią za świetnością dawnych dni. Spotykamy kilku poszukiwaczy złota, niektórzy robią sobie z tego źródło dochodu, choć ludzie już wydłubali z ziemi wszystko co było łatwe do znalezienia. Reszta została dla kopalni z wielkimi maszynami, które mogą kopać głęboko i wymywać złoto z gleby! Smutne to, ta nasza pogoń za pieniądzem i spustoszenie jakie to zostawia.

Uwielbiam pustkę, nie wiem co w tym jest, coś magicznego, nieokreślonego, tu  czuje się wolna, czuje się sobą  i jestem niesamowicie szczęśliwa. Odcięta od wszystkich problemów świata i życia.  Można to porównać do tych co płyną jachtem poprzez ogrom  oceanu a my tak jedziemy poprzez ląd! Od czasu do czasu są kopalnie ale ogólnie można powiedzieć , ze teren jest niezamieszkały. 

26 Maj 2015 - jesteśmy już 600 km od Perth, niedaleko miejscowości Cue, stajemy na nocleg. Dziś mamy piękniejsze miejsce. Janusz już pali ognisko a ja pisze, zaraz do niego lecę, podziwiać zachód słońca. Zegnamy Was na dziś, całusy dla wszystkich! 

Hania i Janusz:)

Refleksje na trasie.

Ranek, budzi nas śpiew ptaków i krople spadającego deszczu. Jesteśmy w jednym z piękniejszych miejsc naszej planety w okolicach Parku Narodowego  Karjini. Miejsce, w którym stanęliśmy na noc jest przecudowne Albert Tognolini Rest Area. W wielu mapach czy przewodnikach, nie jest ono zaznaczone jako miejsce noclegowe, ale dla wtajemniczonych stało się ono najcudowniejsza oaza spokoju i piękna. Dzięki temu, ze niewielu wie o jego istnieniu, jest tu spokój, bloga cisza i ogrom przestrzeni, gdzie można rozbić swój wymarzony obóz. Mieliśmy zostać tu jedna noc a w momencie gdy to pisze, już minęła trzecia noc! Trudno stad się ruszyć, magiczność tego zakątka działa na nas jak magnes.  

Ja ciągle walczę z resztkami grypy, z nadzieja, ze to już końcówki i lada chwila będę skakać jak kozica po czerwonych skalach kanionów. Bardzo byłoby mi smutno jakbym musiała stad wyjechać bez wysiłku zdobywania tych przecudownych miejsc Karajini National Park. Nie często zdarza się aby moc wędrować poprzez takie cuda natury!

Pisząc to ciągle nachodzą mnie reminiscencje moich przeżyć z ostatnich dwóch lat! To już 17 miesięcy od mojej diagnozy jaka dostałam, a która do dziś od czasu do czasu brzmi mi w uszach “nieuleczalny nowotwór, rozprzestrzeniony po całym ciele, bez nadziei na uleczenie”. Szok, niedowierzanie, panika a potem intensywna walka o przeżycie. Przecież nie mogę się poddać, zawsze jest jakieś wyjście i ja muszę je znaleźć, zawsze w życiu to co bardzo, a to bardzo pragnęła dostałam prędzej czy później i tak tez będzie teraz! Był czas, ze słowa te brzmiały mi w uszach bez przerwy, nie mogłam ich się pozbyć, zapomnieć, zniszczyć! Złość i żałość mnie ogarniała, ze w ogóle poszłam do lekarza, może byłoby lepiej nie wiedzieć i żyć sobie spokojnie? Kosztowało mnie to ogromny wysiłek aby w końcu usidlić ta myśl. Wierze w to, ze każdą sytuacja w naszym życiu, która nam się przydarza ma swój powód, jakiś cel i dziś wiem, ze tak właśnie jest! Jak ja niesamowicie się zmieniłam, ile się nauczyłam a najważniejsze, ze mimo niby tragicznych okoliczności życie dla mnie stało się e rajem na ziemi! Nasze drogi życiowe, często na pierwszy rzut oka katastrofalne, prowadza nas tam gdzie odkrywamy nowe szczęście, zyskujemy nowe spojrzenie na świat i w wielu wypadkach jest ono lepsze i piękniejsze niż poprzednie. Zycie chce nas gdzieś zaprowadzi, chce nam coś pokazać, czegoś nauczyć! Tak tez i jest ze mną. 

Przez cale swoje życie, żyłam w wiezieniu swoich myśli, z których nie potrafiłam się uwolnić a one mnie powoli niszczyły. Sytuacje, które mi się zdarzyły potrafiłam godzinami analizować, przeżywać po tysiąc razy! Często wyobrażałam sobie co może się stać “gdyby”, tworzyłam przeróżne katastrofalne scenariusze, które w większości nigdy się nie zmaterjalizowaly. Nie daj Boże, ze komuś coś powiedziałam, co w moich przewrażliwionych i chorych wyobrażeniach interpretowałam jako, ze może kogoś skrzywdziłam, zadręczałam się całymi godzinami i dniami czując ból, cierpienie danego osobnika, czułam się głęboko winna za moje postępowanie. Prawda była taka, ze dana osoba w większości przypadków nigdy tego tak nie odbierała a ja analizowałam każde słowo, ruch czy mimikę twarzy. Potrafiłam godzinami wyobrażać sobie cierpienie danej osoby. Czułam je i przeżywałam jak prawdziwe zdarzenie a przecież była to tylko iluzja wytworzona prze ze mnie,! Niestety mój organizm nie potrafi rozgraniczyć myśli od rzeczywistości, dziś się tego nauczyłam, ze to co myślimy to nasze ciało traktuje jako rzeczywistość i każda negatywna myśl powoduje np zakwaszanie ciała, aż w pewnym momencie nasze ciało stwierdza, ze nie ma ochoty żyć w takich tragicznych warunkach i zaczyna się choroba. Trochę jak maniak bez przerwy tworzyłam inna katastrofalna sytuacje. Kto jak na mnie popatrzył, co powiedział i tak w nieskończoność. Przez większość mojego życia miałam ogromna fobie mówienia publicznego. Strach mnie paraliżował, tak ze nie mogłam nic nikomu powiedzieć. Byłam zakompleksiona, z potężnym brakiem pewności siebie. Jak ktoś raptem do mnie się odezwał to potrafiłam zrobić się czerwona jak burak i najchętniej zapadłabym się w ziemie. To spowodowało, ze unikałam wielu korzystnych kontaktów czy sytuacji. Często nie byłam w stanie przemoc tego strachu, który mnie tak paraliżował i pozbawiał możliwości działania.  Nie wiedziałam jak sobie z tym wszystkim poradzić, jak tego się pozbyć. Żyłam 24 godziny na dzień w stresie. Nie byłam świadoma tego, ze ja sama swoimi myślami powoli się niszczę! Moja córka przez lata delikatnie próbowała mnie naprowadzić na ścieżkę oświecenia, próbowała mnie ratować ale ja byłam zawzięta i zamknięta w sobie  na jakiekolwiek zmiany. Dziś wiem, ze opatrzność dala mi ja aby mnie uratowała. Bez niej nie byłoby mi łatwo, nie dałabym rady. Pamiętam jak w dniu, kiedy dostałam diagnozę ona bardzo delikatnie podsunęła mi książkę Louise Hay, a jednocześnie oświadczyła, ze cokolwiek zrobię, jakakolwiek drogę wybiorę, to będzie mnie wspierać!  Bardzo spokojnie zasugerowała mi, za zanim podejmę jakakolwiek decyzje, abym zaznajomiła się z alternatywnymi metodami leczenia. Ponieważ oprócz tego, ze jest ona moim ukochanym  dzieckiem, jest również kwalifikowana pielęgniarką, wiec stalą się dla mnie pewnego rodzaju autorytetem. Jakaż była jej radość, jak oświadczyłam, ze nie poddam się chemioterapii i radiacji. Mój wybór nie poddawania się konwencjonalnemu leczeniu nie był łatwy, miałam przeróżne wątpliwości  jak również  nie byłam pewna czy to dobra droga. Dziś z perspektywy czasu wszystko wygląda inaczej, dzisiaj jestem bogatsza w ogromna wiedzę, która zebrałam podczas mojej 17 miesięcznej wędrówki. Dziś jestem dumna i niesamowicie szczęśliwa, ze wówczas taka decyzje podjęłam. Lekarze onkolodzy dawali mi tylko parę miesięcy życia bez leczenia, a z leczeniem nie dłużej niż 18 miesięcy. W takiej sytuacji moje decyzja była trochę łatwiejsza do podjęcia! Jeżeli mam żyć tylko krotki czas, chce żyć dobrze a nie być chora od konwencjonalnego leczenia!

Przez wiele lat swojego życia pracowałam jak “wól”. Może był to wynik sytuacji w jakiej się znalazłam a może pogoni za pieniądzem, jaka wielu z nas ma. Emigracja, przyjazd do nowego kraju to był szok, wielka przygoda. Opowiadam o tym  w wielu swoich filmach na YouTube. Tak w skrócie dla przypomnienia. Przyjechaliśmy do Australii z $5 w kieszeni, czwórka nas, ja, Janusz i dwoje małych dzieci, cztero i ośmioletnie. Tak bardzo pragnęłam być tam gdzie reszta mieszkańców tego kraju, finansowo dorównać do reszty, czyli mieć dom, prace, pieniądze itd. Przede wszystkim w 

pierwszych latach mieliśmy duży brak języka i ogromna przepaść kulturowa. Wówczas finansowa sytuacja wydawała mi się bardzo ważna w życiu! W jakim ja byłam błędzie! Jak przyjechaliśmy byliśmy już po trzydziestce, wiec trzeba było zabrać się do pracy szybko i intensywnie. Często pracowaliśmy po 16 godzin na dobę, 7 dni w tygodniu. Dobrnęłam tam gdzie chciałam, osiągnęłam to co chciałam, ale niestety straciłam to co najważniejsze, zdrowie! 

Dziś mogę powiedzieć, ze każdy kto znajdzie się w takiej sytuacji jak ja, ze dostanie tylko parę miesięcy życia, to powinien rzucić wszystko i zrobić to co zawsze chciał a przede wszystkim jak ma taka możliwość to wyjechać z miejsca, gdzie był w momencie dostania diagnozy. Wymazać z głowy wszystko i zacząć żyć pełna piersią od tej sekundy, nie wracać do przeszłości i nie myśleć o niej, nie analizować co będzie, czy co było! Przeszłości już nie ma i nigdy nie wróci, przed nami tylko następny dzień i od nas zależy jaki on będzie. Wiem, ze nie zawsze to jest możliwe, ale jak tylko jest taka opcja to uważam, ze to jest najlepsze i najskuteczniejsze lekarstwo na jakakolwiek chorobę! 

Moja droga życiowa zaprowadziła mnie tutaj, do raju i dzięki niej odkryłam nowe życie! Dowiedziałam się I nauczyłam się tyle niesamowitych nowych  rzeczy, przestudiowałam mnóstwo materiału, dziś dostępnego dzięki  internetowi, a muszę powiedzieć, ze jest tego kopalnia! Poznałam niesamowitych ludzi, dowiedziałam się o istnieniu rzeczy, o których nawet mi się nie śniło. Odkryłam sile medytacji, sile naszego umysłu, która kiedyś wydawała mi się nie do zrobienia, ujarzmienia i nie do kontrolowania. Dziś potrafię medytować godzinami i z dnia na dzień przychodzi mi to coraz łatwiej, jak również zaczęłam kontrolować i ostrożnie wybierać to o czym myślę. Nie pozwalam aby zatrute, chore myśli i wyobrażenia rosły w moim umyśle jak ohydny potwor. Wy moi wierni słuchacze i widzowie podsunęliście mi również mnóstwo wartościowego materiału. Po wysłuchaniu, przestudiowaniu setek godzin niesamowicie wartościowych wypowiedzi, odkryciu nowych źródeł wiedzy itd ,cały mój światopogląd zmienił się drastycznie. Powoli drzwi do nowego świata, w którym żyje dziś, zaczęły się otwierać. Najpierw mały wątły promyk światła a dziś cały nowy świat jest skąpany w promieniach słońca!  Miałam niedosyt, szukałam dalej i dalej. Chłonęłam całym ciałem, każda nowa teorie. Przeżyłam rewolucje wewnętrzna, zobaczyłam w jakim błędzie i wewnętrznym piekle żyłam! Zobaczyłam jak mogę zmienić swoje życie. Nie nie ma znaczenia jak długo tu na tej ziemi będę, ważne jest aby każda minuta tu spędzona była minuta w Raju. Dziś nie myślę ile mi życia zostało, ignoruje bóle , nie analizuje swojego ciała, bo dziś wiem, że one jest perfekt i każda komórka mojego istnienia wie co robić  i ja nie muszę sobie tym głowy zaplatać, mogę podziwiać to co mnie otacza, chłonąc piękno stworzenia i istnienia i żyć spokojnie! Nie zastanawiam się co będzie, nie analizuje tego co było bo  jakie to ma znaczenie? Teraz jest TERAZ!

Musze wspomnieć również o marihuana, która w początkach mojej przygody z choroba była dla mnie RATUNKIEM. Bez niej nie dałabym rady, w początkowych dniach, ona dala mi nadzieje i wiarę, ze mogę sama się wyleczyć. Wówczas potrzebowałam jakiegoś lekarstwa, nie byłam jeszcze na etapie wiary tylko w sile swojego umysłu.

Po kilku miesiącach od diagnozy zrobiłam jeden z najlepszych ruchów dla mnie. ODCIĘŁAM SIĘ OD  MEDYCYNY KONWENCJONALNEJ na ile to było i jest możliwe. Nie zdawałam sobie sprawy jaka mi to to da ulgę i spokój. Nie muszę się więcej  denerwować wynikami  badan, nie muszę robić żadnych testów, prześwietleń, nie muszę czekać na żadne wizyty, które zawsze są dla mnie nerwowe. Teraz wiem, ze jedno na co muszę liczyć to na siebie, na sile, która dostałam od stwórcy życia na tej ziemi, sile samowyleczenia! Nie namawiam nikogo aby nie korzystał z pomocy lekarzy i  ja czasem z niej korzystam. Ciężka to była decyzja aby w takiej sytuacji zostać samemu z sobą i liczyć głownie na własne siły, uwierzyć w to że ja jestem cudownym stworzeniem, wyposażonym, we wszystko co potrzebne do życia a miedzy innymi w sile uzdrawiania swego ciała. Dzięki temu mam dziś czas na inne rzeczy, na to o czym zawsze marzyłam, na upajanie się i podziwianie piękno naszego świata, na podróże! 

Po tylu latach wiary, w to ze jestem ofiara losu, bezsilna istota, bez wpływu na to co się ze mną dzieje, teraz drastycznie zmieniłam swoje zdanie. Nauczyłam się, ze ja sama jestem odpowiedzialna za swoje zdrowie za to jakie mam życie i jeżeli chce być zdrowa to najpierw muszę uzdrowić swój sposób myślenia, pozbyć się stresów, które są prawdziwe lub wykreowane przez nadpobudliwa wyobraźnie. Jak mi się to uda to wówczas moje ciało samo wróci do pełnego zdrowia. Nauczyłam się, ze  wszystko w życiu zależny tylko od mnie, ja sama jestem kapitanem na statku swojego życia! Balans ciała, umysłu kreuje szczęście. Bardzo ważne jest również odżywianie ale o tym napisze następnym razem. Wiele z tego co pisze już mi się udało, teraz żyje  ze wspaniałym, nowym uczuciem! Dla mnie zwycięstwo! Od tego momentu jestem dyrektorem swojego życia, ja decyduje o tym co będzie myślała a nie inna silą, która mnie zniewalana dotychczas! Często miała dreszcz radości, ze potrafiłam to zrobić, zaakceptować nowe, zmienić się, odważnie spróbować nieznanego, w tym momencie moje życie zmieniło się na lepsze, spokojniejsze i szczęśliwsze! 

Tak się rozpisałam a miało to być opowiadanie o pięknie naszej planety, o tym jak wspaniale człowiek czuje się w miejscu, gdzie nie ma cywilizacji gdzie jest pustka, tylko człowiek i tylko przyroda. Siedzimy sobie właśnie w takim miejscu. Nie przenikają nas fal elektromagnetyczne telefonów komórkowych, sieci elektrycznych czy myśli ludzkich. Wdychamy czysto krystaliczne powietrze niezanieczyszczone spalinami samochodów i innymi wyziewami naszej ludzkiej działalności. Tu jest tak pięknie , tak czysto, ze słowa tego nie opiszą. W mieście żyjemy jak w gęstą zupie, otoczeni nieokreślona ilością rożnego rodzaju energii, którą nasza cywilizacja wytwarza. My to wchłaniamy, wdychamy, przenika przez nas, po prostu w tym pływamy. Nie mowie, ze miasta nie maja swojego piękna, oczywiście ze maja! Każde miasto ma w sobie coś ciekawego, wiele historii I jak jesteśmy zdrowi w pełni sil, szczęśliwi to w takim miejscu jest nam dobrze. Jest to normalne bo przecież jesteśmy stworzeniem stadny i w stadzie czujemy się bezpiecznie, choć naszym największym wrogiem jesteśmy my sami. Perth to duże miasto ma dziś już pewnie przeszło 2 mln ludzi i mimo, ze jest tak odizolowane od reszty świata I tak rozprzestrzenione cały czas ja odczuwałam gęstwinę energii, która mnie otaczała i myślę, ze ma to wpływ na walkę z chorobami, depresjami czy stresami!   Każdy z nas ma myśli, uczucia, emocje a to przecież niemała siłą, szczególnie jak ja wytwarza parę milionów ludzi na raz! My ta sile bez przerwy emitujemy, do tego dołączyć telefon, telewizje, radio, samochody, elektryczność i inne i już jesteśmy w gęstwinie energii. Wszystko to wytwarza niemałe pole elektromagnetyczne i każdy z nas jest jego odbiorca. Zycie w miesicie to jak pływanie w takiej bardzo gęstej zawiesinie. Dlatego dla mnie wyjazd był tak bardzo ważny I potrzebny, dla mojego pełnego uzdrowienia. Próbowałam to osiągnąć  będąc w domu osiągnąć, ale niestety nie wychodzi mi to do końca. Potrzebowałam jechać w pustkę, bez czasu, bez stresu bez żadnych dodatkowych informacji a przede wszystkim bez tych wszystkich elektromagnetycznych pól! Nie często o tym mówimy bo energii w większości czasu nie widać, tak jak promieniowania nuklearnego.

Wiecie jakie to wspaniale obudzić się przy śpiewie ptaków i być tylko i wyłącznie z przyroda! Nie można  włączyć TV, bo nie ma sygnału, nikt do nas nie możne zadzwonić, bo nie ma sygnału, internet nie działa, tylko my i przyroda! Zycie takie jak setki lat temu, zanim stworzyliśmy tak potężna siec informacji i porozumiewania się. Jestem tak szczęśliwa, ze tu gdzie zyje jest jeszcze tyle niezamieszkałych terenów, dziewiczych , nie skażonych nasza cywilizacja. Dziękuje za to, ze mogę jeszcze znaleźć takie miejsca na ladzie jakie są na środku oceanu. Kocham tak bardzo Australię, nie tylko za to, ze nas przygarnęła, dala, nam nowe życie ale i za to, ze jest jeszcze tak dziewicza, nie zamieszkała I ciągle są puste miejsca takie jak to!

Nie wiem ilu z Was zauważyło jak sprytnie jesteśmy od urodzenia straszeni. Jak żyjemy w przekonaniu , ze my nie mamy żadnej siły i zawsze musimy szukać pomocy u kogoś, czy to lekarz, czy psycholog. Przez tysięcy lat wiedzieliśmy, ze silą, która nas stworzyła dala nam sile do wszystkiego a miedzy innymi do uzdrowienia własnego ciała. Poprzez lata zapomnieliśmy o tym i zbudowaliśmy potężny system miedzy innymi medyczny, dziś warty ogromny majątek, który zatrudnia setki tysięcy ludzi do leczenia chorób, które głownie są wynikiem stresu i które każdy z nas może wyleczyć sam! 

Kto wierzy w ewolucje to wie, ze jest to proces bardzo powolny i jakiekolwiek zmiany potrzebują czasu. W ciągu ostatnich 60 lat technologia tak wybuchła , ze dziś każdy z nas w ciągu paru sekund dostaje wiadomości z całego świata. Wystarczy otworzyć TV, radio, czy wyjść na ulice i posłuchać ludzi. Nasze mozgi nie są przystosowane aby poradzić sobie z taka ilością tragedii, informacji, itd. Każdy z nas, kto ma bardzo rozwinięte uczucie empatii, codziennie cierpi, ze ktoś tam na świecie przezywa tragedie, czy to trzęsienia ziemi, napadów terrorystycznych, nieskończona rzeka tragicznych informacji. Nie radzimy sobie z tym wszystkim i to często jest przyczyna naszych chorób, niepowodzeń życiowych. 

Dlatego ja od czasu swojej diagnozy wyłączyłam wszystko co podaje jakiekolwiek informacje , nie słucham i tak nie jestem w stanie nic z tym zrobić a jedno co mi to daje to ogromny stres. Od paru miesięcy zaczęłam żyć „teraz” od tej sekundy. Staram się eliminować wszystkie moje myśli, które idą w przeszłość.